Teatr – divadlo..

0
661

Teatr, po czesku divadlo, od czasownika divat se, patrzeć. Do teatru przychodzimy, aby oglądać, no i słuchać jeszcze. Żywi ludzie spotykają się z żywymi ludźmi. Tak jest od setek, no, od tysięcy lat.

W pierwszej połowie grudnia, obejrzałem cztery spektakle. Jedne związane z rocznicą Grudnia 70 w Szczecinie, inne z katastrofą smoleńską i jeszcze inną opowieść.

„Z piekła do piekła”. Lubię słuchać Kaczmarskiego. Od lat znajduję czas na jego pieśni, gdy siedzę w aucie i prowadzę je w jakieś dłuższej trasie. W zamkniętym pudełku mogę chłonąć tę pokoleniową, nie wątpię, że tak jest, pieśń, którą odbieram nie tylko z sentymentem do dawnego protestu i styropianu. Nie wiedziałem, że Adam Opatowicz już w 2018 roku opracował to przedstawienie. Prowadzi widza poprzez ponad trzydzieści utworów. Zamyślony dałem się poprowadzić także ja.

I przypomniałem sobie zdarzenie niebywałe, gdy w 10 rocznicę śmierci Kaczmarskiego bracia Kurscy, Jarosław i Jacek, wspólnie napisali o nim tekst. „To co dla publiczności było narodową ikoną walki z komuną, dla Jacka było symbolem jego nierozumienia i osamotnienia. Potrafił pogodzić rolę narodowego barda i wysublimowanego poety, choć nieraz widzieliśmy u niego z tego powodu rozpacz”. Z Piekła do piekła, chciałoby się powiedzieć. Kaczmarski brzmiał mi w uszach, gdy wracałem pieszo z Łasztowni, idąc po świeżym śniegu kilka kilometrów do domu.

„Bałuka człowiek z W-7”. To specjalnie opracowane widowisko multimedialne na tegoroczne obchody Grudnia 70. Andrzej Chyra gra Bałukę,  pojawiają się na scenie także Dominika Ostałowska i Tadeusz Konopka. „Książę robotników” Edmund Bałuka, legenda szczecińska, dziś prawie zapomniana. Opowieść na podstawie nowej książki Adama Zadwornego „Bałuka jestem”, połączona z przewijającymi się obrazami filmowymi, zdjęciami z epoki, na wielkim ekranie. A na widowni francuska żona Bałuki Francoise Breton-Bałuka. Później z nią fascynująca rozmowa. Gdy uczę się stale Szczecina, to była dobra lekcja historii, ludzi i czasu, którego już nie ma.

„Odlot”. To pożegnalny, w roli dyrektora artystycznego Teatru Współczesnego, spektakl Anny Augustynowicz. Czekałem na taki twórczy opis, i wydarzenie, kiedy ktoś podniesie do artystycznej przestrzeni katastrofę smoleńską. I pokaże dom wariatów, w którym się znaleźliśmy. Czy słowo Odlot, nie jest najlepszym opisem? Ten spektakl trzeba zobaczyć, Rozkręca się wolno,Augustynowicz nie tnie siekierą, jak Smarzowski czy Swobodzianek, lecz subtelnie, lecz dobitnie mówi to, co przeżyliśmy i dalej z czym się zmagamy.

Wzruszające było pożegnanie po spektaklu na schodach teatru, gdy bardzo młody Jakub Skrzywanek, następca poprowadził tę część wieczoru. Idźcie do Teatru Współczesnego na „Odlot”, warto czasami odlecieć…

Korowód w Bluesie – Mandala”. To było zupełnie coś innego. Teatr Ruchu Umownie Ewidentnego mnie zachwycił swoją grą niepełnosprawnych aktorów, choreografią i właśnie ruchem. Przez prawie dwie godziny byłem na musicalu rodem z Berlina, Paryża czy Broadwayu. Aktorom niezawodowym udało się wciągnąć widzów, prawie od początku, aby aktywnie klaskali i byli jakby częścią sceny. Wszystko dokonywało się spontanicznie. Korowód, jak z Nowego Orleanu, Mandala z piasku, jako scena, pokazywane też kamerą z góry kręcącą obraz, wszystko na dużym ekranie. Pojedyncze tańce, ruchy, jakże wciągające widza, a odbywa się wszystko na piaskowym kole. Blues, buddyjska choreografia, szczecińscy aktorzy Teatru Ruchu, niepełnosprawni, ale jakże sprawni. I opowieści o sensie życia, sztuki i sensie spotkania z innymi, tymi na widowni. Kończący Korowód, długie brawa, i długo trwająca zaduma.

Szczecin uczy mnie także swojej historii, pozwala poznać swoich mieszkańców od Bałuki do aktorów Teatru Ruchu. Dziękuję.

Tomasz Dostatni OP

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here