W Taplarach wybory wygrałby Pierdun.

0
466

W sprawie środowego palca posłanki Joanny Lichockiej nie interesuje mnie sam gest. „Koń jaki jest, każdy widzi” – zapisał Ksiądz Benedykt Chmielowski w „Nowych Atenach”, pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej (I wydanie – Lwów, 1745 r.), i nikomu niczego więcej tłumaczyć nie uznał za stosowne, bo wiadomo, szkoda język strzępić. Palec to palec – gdyby posłanka Lichocka pokazała go kibicowi „Pogoni” po przegranym przez „Dumę Pomorza” meczu, z „Legią” dla przykładu, w Warszawie, mogłoby to zakończyć się wymianą zdań wypełnionych zwrotami powszechnie uznanymi za wulgarne. Gdyby była mężczyzną – naruszeniem nietykalności cielesnej, i to wielokrotnym, najprawdopodobniej.

Chciałem napisać: słowami nieparlamentarnymi, ale się powstrzymałem. Odkąd wybrańcami Narodu zostali: Krystyna Pawłowicz, Stefan Niesiołowski, Janusz Korwin-Mikke czy Krzysztof Zaremba, ustalenie co jest, a co nie jest językiem parlamentarnym, stało się bardzo skomplikowane. Tak czy inaczej – wiadomo dokładnie, co posłanka Lichocka pokazała i po co. Palec jaki był – każdy widział.

Ważniejsze są intencje, odpowiedź na pytanie, czy był to gest spontaniczny, odruchowy, doskonale jej znany, stanowiący normę w prowadzonych przez posłankę sporach i dyskusjach, czy raczej zaplanowana, na chłodno wykalkulowana autokreacja, uznana za akceptowalną forma tworzenia własnego wizerunku. Czy Joannie Lichockiej paluszek wyrwał w ferworze walki, niechcący, jak słynne zdanie eleganckiego i kulturalnego zazwyczaj marszałka Józefa Zycha z PSL, który prowadząc kiedyś obrady Sejmu zapomniał o włączonym mikrofonie i spytał dobrotliwie urzędnika próbującego przekazać mu jakieś dokumenty: „No, stary, ale co mi tu, k…wa, przynosisz?”, czy też był świadomym gestem politycznym, jak niegdyś dwa inne palce układane w literę V, o ile nie jest to porównanie obraźliwe dla litery V. Wymsknęło się niechcący Joannie Lichockiej, jak – przez nieuwagę – marszałkowi Zychowi, czy pokazała co chciała i jak chciała. Nierozwaga, czy plan polityczny.

Sprawę analizowali specjaliści od wizerunku politycznego (cytaty – za press.pl). „Komunikat posłanki skierowany jest wyłącznie do osób, które popierają obóz władzy. One będą ją usprawiedliwiać” – stwierdził Adam Miecznikowski, chief strategy director agencji Publicis Worldwide Polska. „Zwolennicy opozycji prodemokratycznej będą tego używać jako przykładu arogancji i buty obecnej władzy, ale zwolennicy PiS nie będą widzieć nic złego w jej żenujących kłamstwach, a z samego gestu w duchu mieć będą szczerą uciechę, co widać na twarzach w tle za naszą „bohaterką dnia”. Pozostali zaś ludzie myślący tylko zwiększą swe obrzydzenie do polityki w wydaniu rynsztokowym” – ocenił Adam Łaszyn, prezes agencji Alert Media Communication. O tym, że ten drugi ma rację, można przekonać się oglądając twarze kolegów posłanki Lichockiej z ław sejmowych. Bardzo są okazanym światu paluszkiem rozbawieni. To wyraz radosnej aprobaty. Nawet zadowolenia.

Jest taka scena w „Konopielce” Edwarda Redlińskiego, powieści wybitnej, bardzo swojeskiej, kiedy mieszkańcy wsi Taplary – mężczyźni, bo taplarskie kobiety nie od tego – zebrali się, by wysłuchać urzędnika z gminy i „uczycielki”, próbujących przekonać ich do szkoły i elektryczności. I jedno, i drugie, były zjawiskami w Taplarach nieznanymi. Taplarscy ulepszaniem życia zainteresowani byli raczej słabo, bo – jak powiedział im Dziad, który pewnego dnia odwiedził wieś – ulepszać, zmieniać chce diabeł. „Ulepszać. Słyszycie? – ulepszać. Już jemu mało, że krowa cieli się; gdzie tam, on chce żeby się źrebiła. Ooo, do czego idzie… Krowy będo się źrebili, kobyły cielili, owieczki prosili, chłop z chłopem spać będzie, baba z babą, wilki latać będą, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, a zajdzie na wschodzie!”. A grał Dziada Franciszek Pieczka, wiec wywód był to sugestywny, bardzo wiarygodny. I kiedy urzędnik z gminy spytał, co taplarscy gospodarze sądzą o elektryfikacji i o szkole, zapadła cisza, którą przerwał Filip Pierdun. A warto przypomnieć, że przydomek „Pierdun” nie był przypadkowy. Komentarzem Filipa było głośne, siarczyste pierdnięcie, szczere i radosne, pełne siły i dumy, można powiedzieć, a potem już poszło. Warto zacytować:

„Naraz pod dżwiami ktoś inny huknoł: buch! buch! na ten sygnał posypali sie spomiędzy kożuchow wybuchi, jeden za drugim: Buch! Bach! Bam! Pyf! Łup! Hop! Ryms! Trrach! Rryp! czterdziestu chłopa kacza sie plecami po plecach, brzuchach, ławach, na podłoge sie walo, zapomniawszy o świecie, zebraniu, urzędnikach, ślozy oczy zalewajo, tylko jedna myśl błyska: żeby huknąć głośniej niż: drugi! Aż tu grzmot sie rozpęka tak wielki, że lampa zgasła, ściany sie kołyszo, z pułapu szczelubinami sypie sie plewa na głowy nasze: to Filip zażartował znowuś, jak smok! Jak i kiedy uczycielka i urzędniki uciekli, czy długo wytrzymali z nami po ciemku, nie wiadomo, nikt nie pamięta: tak sie wszystkie zapomnieli, tak sie każdy kaczał w śmiechu, płaczu, jęku, że tylko łupcowanie sie liczyło, kto głośniej, kto mocniej! Odpalamy jeden po drugim, Mazury, Prymaki, Litwiny, Dunaje, Bartoszki, Orele, huk za hukiem goni, hukowisko rozdudniło sie piekielne, czterdzieście bębnow odprawia muzyke na kartofli, kapuche, kisłe mleko, cybule, łupcujem jak pijane, po świńsku ale zdrowo, wybuch za wybuchem leci, jeszcze jeden, jeszcze jeden, jeszcze”.

Ufff…

Dla taplarskich Filipowe pierdnięcie nie było więc aktem nagannym, wulgarnym, czy – przepraszam za wyrażenie – niesmacznym. Było żartem a zarazem komentarzem – akceptowanym, zrozumiałym, mieszczącym się w lokalnym obyczaju, dobitnym, jednoznacznym. Nie dla „uczycielki” czy urzędnika z gminy, bo to nie oni byli – że użyję współczesnego określenia – adresatem tego przekazu pozawerbalnego, a więc komunikatu „wyrażonego za pomocą innych środków, niż słowo”, zgodnie z definicją internetowego Słownika Języka Polskiego. Na dodatek zakończyło rozważania o szkole i elektryczności w sposób satysfakcjonujący dla mężczyzn z Taplar.

Przy okazji – grający Filipa Pierduna w filmie „Konopielka” (1981 r.) Jan Jurewicz, urodził się w 1954 r. w Szczecinie.

Dlaczego przywołuję „Konopielkę”? Ponieważ przemknęła mi przez głowę myśl niesforna, że gdyby tamtego dnia we wsi Taplary odbywały się wybory, do rady gminy czy na sołtysa, wygrałby je raczej Filip Pierdun, niż urzędnik z gminy czy „uczycielka”. I posłanka Joanna Lichocka, moi zdaniem, doskonale o tym wie. Zdawała sobie najpewniej sprawę, że legendarny już palec może co prawda niekorzystnie wpłynąć na jej wizerunek, ale z pewnością zwiększy jej rozpoznawalność, zwłaszcza w tzw. „twardym elektoracie” jej partii. A rozpoznawalność to głosy. Mam wrażenie, że postanowiła zająć miejsce tak boleśnie opuszczone przez posłankę Krystynę Pawłowicz. Tyle, że przeszarżowała – jej partia znowu, na jakiś czas, do wyborów prezydenckich dokładniej, postanowiła być odpowiedzialna, zatroskana, unikająca konfliktów, choć walcząca o dobro, dobrotliwa nawet, a wysunięty w stronę opozycji palec ten wizerunek skutecznie zakłócił. Posłanka Lichocka przeliczyła się i na jakiś czas schowana zostanie do jakiejś partyjnej szafy.

Ale wróci. To pewne.

Rafał Jesswein.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here