To Ziobro rozdaje dziś karty

0
333

Dziś Zbigniew Ziobro gra na nosie zarówno premierowi Morawickiemu, jak i prezesowi Kaczyńskiemu. Bo wie, że ani premier, ani prezes nie mogą mu nic zrobić. Tyle, że ceną tej wojenki w obozie rządowej prawicy są miliardy funduszy dla Polski z Unii Europejskiej.

Wyrok unijnego Trybunału Sprawiedliwości (TSUE) był do przewidzenia tak samo, jak to, że w lecie są upały. TSUE oddalił wniesione przez Węgry i Polskę skargi dotyczące mechanizmu warunkowości, który uzależnia korzystanie z finansowania z budżetu Unii od poszanowania przez państwa członkowskie zasad państwa prawnego. A to oznacza, że w określonych przypadkach naruszenia praworządności unijny kraj może być pozbawiony funduszy. I, co ważne, nie jest do tego potrzebna jednogłośna decyzja Rady Europejskiej.

Zagrożone są już nie tylko pieniądze w ramach Krajowego Planu Odbudowy, który wedle premiera był nowym „planem Marshalla” (mówimy tu o 58 mld euro), ale i pieniądze z wieloletniego „budżetu” europejskiego (ta pula dla Polski opiewa na blisko 100 mld euro). Tak czy inaczej, Komisja Europejska dostała tym orzeczeniem TSUE do ręki narzędzie, którym może wpływać na kraje będące – jak Polska – na bakier z praworządnością.

Do orzeczenia najszybciej odniósł się minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Na zwołanej konferencji powiedział: „Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE to dowód na bardzo poważny, polityczny, historyczny błąd premiera Mateusza Morawieckiego”. Błąd dlatego, że – jak wiemy – to premier Morawiecki w imieniu pisowskiego rządu zgodził się na mechanizm warunkowości: „pieniądze za praworządność”. To oczywiste, że trudno, by Unia Europejska finansowała te rządy, które łamią zasady państwa prawa.

Po wystąpieniu Ziobry posypały się komentarze, że w normalnym kraju, gdy minister oficjalnie krytykuje swojego premiera, mówiąc o „historycznym błędzie”, powinien natychmiast zostać odwołany. Nie został. Jednak do wypowiedzi Ziobry odnieśli się wczoraj zarówno Kaczyński, jak i Morawiecki.

Prezes jedynie ubolewał, że „to zdarzenie może być przedmiotem dyskusji, na przykład wewnątrz naszej koalicji, rządu, ale jestem zawiedziony tym, że takie oświadczenia padają publicznie, bo to naszej wspólnej sprawie nie służy”. Z kolei premier Morawiecki swoją irytację ubierał w znaną już wszystkim nowomowę: „Nie dziwię się poruszeniu pana ministra sprawiedliwości, ponieważ ten wyrok, podobnie jak wiele innych, dotyczy obszaru, który on próbuje reformować, wymiaru sprawiedliwości. To bardzo ważna sfera naszego życia”. I dodał: „fundamentalnym błędem na pewno byłoby to, gdyby taki wyrok, jeden zresztą z wielu, które dotyczyły szeroko rozumianej materii wymiaru sprawiedliwości, doprowadził do tego, że narosły jakieś niesnaski i nieporozumienia w ramach Zjednoczonej Prawicy”.

Trzeba napisać wprost: minister Ziobro, gdyby miał honor, to po krytyce swojego rządu, powinien z niego wyjść, trzaskając drzwiami. Prezes Kaczyński i premier Morawiecki, gdyby mieli odwagę, a przede wszystkim, gdyby dysponowali polityczną siłą, powinni wyrzucić Ziobro z rządu. Ale, że mamy zjednoczoną w nienawiści prawice, wszystko pozostanie tak, jak jest. Czy to znaczy, że nic ważnego się nie stało? Przeciwnie!

Po pierwsze, Kaczyński znany jest z upokarzania na oczach opinii publicznej ludzi. Do tych ludzi należał też Zbigniew Ziobro. Musimy też wiedzieć, że upokorzenie nie znika, ono tylko się odkłada. I, gdy przychodzi dobra okazja, przeradza się w odwet. Przesadzam? Marian Banaś, jeden z wierniejszych żołnierzy PiS, gdy przestał być dla swoich kolegów kryształowy, zaczął być pancerny. Dziś doskonale wykorzystuje funkcję prezesa NIK jako organu niezależnego, by grać swoim byłym kolegom z partii na nosie. Podobną pozycję zyskał dziś Zbigniew Ziobro – jest nietykalny, gdyż wie, że to na nim wisi rząd Zjednoczonej Prawicy. Prezes Kaczyński nienawidzi ministra sprawiedliwości, ale jeszcze bardziej boi się utraty władzy. Dlatego, jak łatwo się domyśleć, Ziobro będzie wykorzystywał swój status nietykalnego – nie tylko po to, by budować własną pozycję polityczną, ale także po to, by publicznie móc upokorzyć Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Po drugie, minister Ziobro już od dawna wie, że nie ma co liczyć na start z list PiS. Dlatego buduje swoją autonomiczną pozycję, wzmacnia własną partię Solidarną Polskę, wykorzystując do tego publiczne pieniądze. Dlatego Ziobro nie wyjdzie z rządu, będzie jednak wykorzystywał każdą chwilę, by przygotować się do startu z własnych list. Mało tego: Ziobro liczy, że to właśnie twarde stanowisko wobec Unii Europejskiej, ale także twarda postawa wobec samego prezesa Kaczyńskiego, jest najlepszym sposobem na przejęcie rządu dusz po liderze PiS. Dlatego Ziobro kreśli dziś obraz premiera Morawieckiego jako człowieka uległego, skłonnego do szukania kompromisów z Unią, czy wręcz polityka, który po prostu dał się ograć europejskim partnerom. A między wierszami pojawia się pytanie: czy taki człowiek, jak Morawiecki, były doradca premiera Donalda Tuska, może być autentycznym przywódcą prawicy w Polsce? To nie Kaczyński, ani tym bardziej Morawiecki są dziś rozgrywającymi w obozie Zjednoczonej Prawicy. Tej pozycji dopracował się Zbigniew Ziobro. To on rozdaje karty, gdyż na jego partyjce zawieszone są dalsze rządy Jarosława Kaczyńskiego. Prezes, który o tym wie i rozumie swoje położenie dla podtrzymania władzy nie tylko da Ziobrze to, czego on chce, ale także zniesie upokorzenie, które minister sprawiedliwości nie omieszka mu odwzajemnić za lata połajanek i poniewierania.

Jarosław Makowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here