Szczecińscy Żydzi emigrowali do Monachium

0
442

Krótko po zakończeniu wojny do Niemiec, głównie w okolice Monachium, gdzie narodził się nazizm, wyemigrowało z Polski, w tym ze Szczecina, ponad 100 tysięcy Żydów. We wrześniu 1946 roku wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz oceniał, że: „około 80 procent, czyli 24.000 osób [narodowości żydowskiej] opuściło już obszar Pomorza Zachodniego (…) większość (…) udała się w okolice Monachium, gdzie przebywa w obozach zorganizowanych przez UNRRA, oczekując na możliwość wyjazdu do Palestyny”.

Przypomnijmy. 8 lutego rozpoczęła  się repatriacja polskiej ludności narodowości żydowskiej z terenów przejętych po wojnie przez Związek Radziecki do 31 lipca 1946 przybyły do Polski 203 transporty Żydów, liczące łącznie 136 579 osób. Większość – 86 563 osoby – skierowano na Dolny Śląsk, głównie do Wrocławia, Dzierżoniowa i Wałbrzycha. Do Szczecina przybyły wówczas 28 324 osoby. Dr Henryk Kołodziejek, który podaje te bardzo precyzyjne liczby zastrzega jednak, by traktować je z pewną ostrożnością, jako dane orientacyjne – różne instytucje podawały wówczas różne liczby a po latach bardzo trudno jest je zweryfikować.

Nie byli to pierwsi osadnicy narodowości żydowskiej, jacy przyjechali w 1945 i 1946 roku do Szczecina. Nie wiadomo jednak ilu osiedliło się tu w pierwszych powojennych miesiącach, nie wiadomo kim byli ani skąd przyjechali nad Odrę. „orientacyjnie szacowano obecność około pięciuset do siedmiuset Żydów, którzy pod zmienionymi nazwiskami przetrwali wojnę w Szczecinie lub też pojawili się w jego granicach tuż po jej zakończeniu” – podaje Magdalena Semczyszyn ze szczecińskiego Instytutu Pamięci Narodowej.  „Dostępne materiały źródłowe nie pozwalają na dokładne ustalenie, ile osób narodowości żydowskiej zamieszkiwało w tych latach Szczecin. Pewna może być tylko jedna liczba, a mianowicie, że w marcu 1946 roku, przed przybyciem repatriantów, mieszkało w naszym mieście 629 Żydów, o czym meldował  Zarząd Miasta Okręgowemu Pełnomocnikowi Rządu RP” – twierdzi dr Henryk Kołodziejek zastrzegając jednocześnie, by wszystkie inne szacunki uznawać za „wielce niepewne”.

Wiadomo natomiast z całą pewnością, że liczba żydowskich mieszkańców Szczecina rosła bardzo gwałtownie. Szybko bowiem okazało się, że trzy pierwsze, niezapowiedziane transporty ze Wschodu to początek wielkiej wędrówki Polaków narodowości żydowskiej. W kwietniu i maju 1946 roku, a więc w ciągu zaledwie kilku tygodni, z terenów przedwojennej Polski zajętych przez Związek Radziecki 39 takimi pociągami przybyło  do Szczecina 25 321 osób narodowości żydowskiej i w rekordowym czerwcu 1946 r. Żydzi stanowili ok. 42 procent mieszkańców stolicy Pomorza Zachodniego. W Szczecinie mieszkało wówczas około 50 tysięcy Polaków i 30 951 Żydów, nie licząc oczekujących na przesiedlenie Niemców. „Szczecin stanowi w chwili obecnej jedno z największych skupisk Żydostwa w Polsce. Na różnych odcinkach życia żydowskiego zachodzą z każdym dniem doniosłe zmiany” – informował 10 lipca 1946 r. w artykule wstępnym inauguracyjnego numeru „Tygodnik Informacyjny”, organ prasowy Wojewódzkiego Komitetu  Żydów Polskich w Szczecinie, utworzony „w celu informowania ludności w kraju o życiu żydowskim na Pomorzu Zachodnim”.   Jakiś czas później ta sama gazeta określiła miasto mianem „najmłodszego żydowskiego osiedla w powojennej Polsce”. Wiele lat później  prof. Leszek Olejnik z Uniwersytetu Łódzkiego wykazał, że w tych dniach Szczecin był jednym z dwóch – obok Łodzi – największych miejskich skupisk żydowskich w Polsce.  Jak się szybko okazało – na krótko. „Ucieczka polskich Żydów do Niemiec należy do najbardziej wstrząsających migracji owego czasu

„Szczecin zaroił się od Żydów. Na ulicach, bazarach, w nielicznych sklepach, na przystankach tramwajowych, wszędzie ich było pełno. Rozmawiali krzykliwie, przeważnie po rosyjsku lub  żargonem, z właściwą sobie żywą gestykulacją (…) Część najuboższych Żydów Zarząd Miejski zatrudnił do zamiatania ulic. Nie mogłam patrzeć na te kolumny obszarpanych, bladych biedaków, prowadzone środkiem ulicy, tak jak prowadzili ich podczas okupacji Niemcy, podczas gdy cywilni robotnicy niemieccy, zatrudnieni u Rosjan, porządnie odziani, z butnymi minami i głośno rozprawiający po niemiecku wożeni było do pracy samochodami”- wspominała po latach pierwsze powojenne miesiące Irena Szydłowska, urodzona we Lwowie, przed wojną mieszkanka Warszawy, która po przeniesieniu się do Szczecina podjęła pracę w wydziale osiedleńczym urzędu wojewódzkiego a od lipca 1946 do września 1947 r. pełniła obowiązki Komisarza Wojewódzkiego ds. Produktywizacji Ludności Żydowskiej. Jak zapisała w swoich wspomnieniach – „Było dla mnie dziwne i niezrozumiałe, że Żydom nie daje się wracać do ich rodzinnych stron, lecz pcha się ich na samą granicę niemiecką. Wątpiłam, czy mogą się tu czuć pewnie i bezpiecznie, wobec niezbyt przecież ustabilizowanej pozycji naszej na tych ziemiach”

Tak szybko, jak przybywali do Szczecina latem 1946 roku, tak szybko porzucali nasze miasto, by przedostać się przez słabo chronioną granicę, legalnie lub nie. Dla większości z nich Szczecin był tylko przystankiem w podróży: wysiadali z wagonów, bo dalej na zachód pociągiem nie dało się już pojechać,  szczeciński dworzec był stacją końcową. 

Opuszczali Szczecin z kilku powodów.  Część dlatego, że nigdy nie chciała tu zamieszkać. Nie chciała pozostać w Polsce, żyć na cmentarzu żydowskiego narodu, jak napisał prof. Leszek Olejnik z Uniwersytetu Łódzkiego. Zdaniem Janusza Mieczkowskiego była to „grupa, która przeżyła kataklizm zagłady własnego narodu. Nie było wśród nich osoby, która by nie straciła bliskich w minionej wojnie. Poczucie wspólnoty wynikłe nie tylko z religii, ale przede wszystkim przeżytej gehenny zbliżało. Dla nich Polska była cmentarzem najbliższych. Nie każdy potrafił i chciał żyć na tym cmentarzu”.  Inni od początku chcieli wyjechać do Palestyny by budować tam państwo żydowskie. W pierwszych powojennych latach Szczecin był jednym z trzech punktów przerzutowych syjonistycznej  organizacji Brichah, organizującej nielegalną emigrację Żydów do Palestyny poprzez obozy uchodźców w Austrii i Niemczech, dobrze zorganizowanej i dysponującej dużymi sumami pieniędzy. Po trzecie wreszcie – nie wszyscy witali ich w Polsce z otwartymi rękami.

W ciągu następnego miesiąca prawie 18 tysięcy z nich opuściło miasto. W lipcu 1946 roku w WKŻP zarejestrowanych było już tylko 13.192 osób narodowości  żydowskiej.  We wrześniu 1946 roku wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz oceniał, że: „około 80 procent, czyli 24.000 osób [narodowości żydowskiej] opuściło już obszar Pomorza Zachodniego (…) większość (…) udała się w okolice Monachium, gdzie przebywa w obozach zorganizowanych przez UNRRA, oczekując na możliwość wyjazdu do Palestyny”.  Do końca 1946 roku liczba żydowskich mieszkańców samego Szczecina ustabilizowała się na poziomie przekraczającym nieco 15 tysięcy.

Więcej na temat historii szczecińskich Żydów w książce pt. „Enklawa”.

Krótko po zakończeniu wojny na zlecenie amerykańskiego prezydenta Trumana były komisarz ds. integracji Earl G. Harrison pojechał do Niemiec, by zbadać sytuację przebywających tam, ocalałych Żydów. 24 sierpnia 1945 r. Harisson, wraz z innymi inspektorami międzynarodowych organizacji praw człowieka przedłożył raport, który – jak podaje niemiecki pisarz dziennikarz Harald Jähner w wydanej w Polsce w ubiegłym roku bardzo ciekawej książce „Czas wilka. Powojenne losy Niemców” – wstrząsnął amerykańską opinią publiczną.

Okazało się, że ocalałych żydów nie zwolniono z obozów koncentracyjnych z dniem wyzwolenia. „Większość musiała pozostać w obozach z braku alternatywy, wielu było załamanych duchowo i w tak złym stanie fizycznym, że żaden transport w ogóle nie wchodził w grę” – pisze Jähner i cytuje fragment raportu:

„Wielu żydowskich dipsów [dipsi – od angielskiego zwrotu displaced persons. Nazywano tak znajdujących się po zakończeniu wojny w Niemczech robotników przymusowych i ludzi przymusowo wywiezionych, głównie z Europy Wschodniej]  żyje pod strażą za drutem kolczastym w różnego rodzaju obozach, w tym także w osławionych obozach koncentracyjnych, w warunkach przepełnienia, często braku higieny i ogólnej nędzy, w całkowitej bezczynności (…) wielu żydowskich dipsów nie miało pod koniec lipca żadnych ubrań poza swoim obozowych stronnej – przypominającym wstrętną pasiastą piżamę – podczas gdy inni ku swemu rozgoryczeniu zmuszeni byli do noszenia mundurów SS (…) Wydaje się, że traktujemy Zydów tak samo, jak traktowali ich naziści, z ta różnicą, że ie dokonujemy eksterminacji. Przebywają oni w większości nadal w obozach koncentracyjnych, gdzie zamiast oddziałów SS pilnuje ich nasze wojsko.”

W następstwie raportu zorganizowano dla przebywających w Niemczech Żydów odrębne obozy. Sprawa była pilna o tyle, że w kierunku przeciwnym do powracających do swoich domów – byłych robotników przymusowych z Polski, Ukrainy czy Rosji – przybywali do Niemiec nowi dipsi. Z Europy Wschodniej, przede wszystkim z Polski jak podaje Jähner, przybyło do Niemiec ponad sto tysięcy  żydowskich uchodźców – migracja, z którą nikt się wcześniej nie liczył. Stacją tranzytową „nowego exodusu Żydów z wyzwolonej Europy Wschodniej” stało się Monachium, stolica nazizmu. Nie chcieli pozostawać w Niemczech – ich celem była Ameryka albo Palestyna – ale „okupowana przez Amerykanów Bawaria sprawiała wrażenie swego rodzaju amerykańskiej enklawy w Europie, skąd łatwiej było zorganizować dalszą podróż do ziemi obiecanej”. Jähner jest zdania, że ucieczka polskich Żydów do Niemiec „należy do najbardziej wstrząsających migracji owego czasu. „Konieczność szukania schronienia akurat w kraju nazistów wymagała od wielu Żydów ogromnego wysiłku, który mogli uzasadnić jedynie tym, że okupowaną Bawarię postrzegali jako nie tyle niemiecką, ile amerykańską”.

Centralny obóz powstał w monachijskiej dzielnicy Bogenhausen. W ponad stu drewnianych budkach przy ulicy Möhlstraße powstało zdominowane przez polskich Żydów małe centrum handlowe „przypominające niektórym warszawską ulicę handlową Nalewki sprzed wojny”, gdzie handlowano czekoladą, kawą, rajstopami, morfiną i konserwami – towarami pochodzącymi z alianckich magazynów. Nie byli przyjmowani dobrze, również przez ocalałych niemieckich Żydów. „Ludzie w chałatach i z pejsami, znani wcześniej w Monachium jedynie z nazistowskich karykatur, nie spotkali się z rozwiniętą kulturą gościnności” – pisze Harald Jähner (z jedenastu tysięcy członków monachijskiej gminy żydowskiej przeżyło wojnę niespełna czterystu).

Pochodzący z Polski Żydzi, którzy nie wyjechali do Ameryki lub Palestyny, a którzy nie chcieli lub nie mogli wracać do swoich domów na wschodzie przedwojennej Polski, stanowiącej już wówczas część Związku Radzieckiego, zamieszkali w utworzonych dla nich pod egidą ONZ specjalnych obozach, „enklawach wschodnich Żydów w Niemczech”. Najbardziej znany był obóz Föhrenwald – osiedle koncernu I.G. Farben pod Wolfratshausen w pobliżu Monachium, gdzie w czasie wojny mieszkało 3,2 tys. pracowników fabryki amunicji, w połowie Niemców, w połowie pracowników przymusowych. We wrześniu 1945 ogłoszono go obozem wyłącznie dla osób narodowości żydowskiej. Było tam piętnaście ulic, na których „toczyło się prawdziwe życie wschodniożydowskiego szetla dysponującego własną administracją, partiami, policją, sądem obozowym, instytucjami religijnymi w postaci synagogi, mykwy oraz koszernej kuchni, miejscem do leczenia chorych, ośrodkami szkolenia zawodowego, szkołami, przedszkolami, trupami teatralnymi, orkiestrami, klubami sportowymi”. Wydawano tam w jidysz własną gazetę („Bamidbar. Wochncajtung fun di Bafrajte Jidn” – Tygodnik dla Ocalałych Żydów), powstał tam pierwszy po wojnie teatr żydowski (dwudziestoosobowy zespół wystawił m.in. „Dzieje Tewji Mleczarza”). W szkole podstawowej z profilem gimnazjalnym uczyło dzieci dwudziestu siedmiu nauczycieli (Föhrenwald  był centralnym obozem zbornym dla żydowskich sierot), wkrótce powstała szkoła zawodowa, kształcąca ślusarzy, krawców, cieśli, elektryków, fryzjerów i zegarmistrzów.

Kiedy w 1951 roku obóz przeszedł pod zarząd niemieckiej administracji nadal mieszkało tam 2751 żydowskich dipsów. Ostatni mieszkańcy opuścili obóz w 1957 roku, dwanaście lat po zakończeniu wojny.

Harald Jähner, „Czas wilka. Powojenne losy Niemców”
Wydawnictwo Poznańskie, 2021

Pierwsze lata powojenne to dla jednych „dziki kontynent”, dla innych „wielka trwoga”, dla Niemców „wilczy czas” – czas, w którym cały naród musiał dokonać przewartościowania swych postaw i stworzyć fundamenty demokratycznego państwa.

Harald Jähner ukazuje Niemców w całej ich różnorodności: urodzonego w Szczecinie pisarza Alfreda Döblina, który w swej twórczości próbował kreować nowych, nieobarczonych przeszłością obywateli, Beate Uhse – twórczynię pierwszego sex-shopu na świecie, bezimiennych handlarzy z lucky strike’ami w kieszeniach i stylowe gospodynie domowe.

„Czas wilka” to również opowieść o krajobrazie wszechobecnych ruin, o masowych migracjach ludności, o silnych afektach i emocjach. O kształtowaniu nowej gospodarki rynkowej w cieniu grabieży i czarnego rynku, o generacji Garbusa. Ale też o systematycznym wypieraniu prawdy o Zagładzie. To barwna historia pierwszej powojennej dekady pokonanych Niemiec, która położyła podwaliny pod niemiecki rozwój gospodarczy, „cudu, że się udało”. (nota Wydawcy).

Harald Jähner

Urodzony 1 stycznia 1953 niemiecki dziennikarz i pisarz, studiował literaturę, historię i historię sztuki we Fryburgu, a doktorat ukończył w Berlinie. Przez wiele lat pracował jako niezależny dziennikarz i krytyk literacki dla Frankfurter Allgemeine Zeitung, następnie redaktor w Berliner Zeitung. Obecnie pełni funkcję honorowego profesora dziennikarstwa na Uniwersytecie Sztuk Pięknych w Berlinie. Za „Czas wilka” zdobył w 2019 roku nagrodę Targów Książki w Lipsku. 

Rafał Jesswein

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here