Rząd ściemnia w sprawie elektryczności?

0
287

Dopłaty do aut elektrycznych okazały się kolejną „łapówką” wyborczą. Rządowa e-obietnica nie zostanie spełniona – wypłata będzie o połowę niższa, niż zapowiadano, co stawia cały projekt pod znakiem zapytania.
– Rzeczywiście przygotowywana jest nowelizacja rozporządzenia. Najprawdopodobniej wsparcie wyniesie poniżej 20 tys. zł. Dzięki temu z pomocy skorzysta więcej zainteresowanych – powiedział minister klimatu Michał Kurtyka w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl, który jako pierwszy podał informację o zmniejszeniu rządowej dopłaty dla prywatnych nabywców nowych samochodów elektrycznych.

Przypomnijmy. Cztery lata temu Mateusz Morawiecki zapowiedział, że do 2025 roku po polskich drogach będzie jeździło milion aut elektrycznych. Elektorat pokiwał ze zrozumieniem głową, nie bez zachwytu, no bo w miastach dusi smog a w Brukseli coś o emisji CO2 opowiadają strasząc karami. A milion to liczba, która zawsze robi wrażenie. Nawet, jeśli nieprawdopodobna. W czerwcu 2018 roku powołano Fundusz Niskoemisyjnego Transportu, którego celem miało być znalezienie pieniędzy na elektryfikację Polski samochodowej. Pod koniec listopada 2019 r. minister Kurtyka podpisał rozporządzenie, zgodnie z którym w formie dopłaty można było uzyskać zwrot 30 proc. zakupu elektryka, jednak nie więcej niż 37,5 tys. zł, na dodatek dla samochodu, którego cena nie przekracza 125 tys. zł. Zainteresowani uzyskaniem takiego wsparcia winni poczekać na ogłoszenie terminu pierwszego naboru wniosków. Pieniądze zaczęto zbierać od 1 stycznia 2019 r. – 80 zł za każdy tysiąc litrów paliwa wprowadzonego do obrotu. Miała to być „zrzutka” paliwowych gigantów, Orlenu czy Lotosu, ale zrzucamy się my wszyscy, płacąc za każdy wlany do baków samochodów litr paliwa.

Wielu średnio zamożnych Polaków po raz pierwszy w życiu mogło zacząć rozmyślać na ten temat. Samochód elektryczny, bez względu na to, co myślimy o ekologii, jawił się dotąd wyłącznie jako kosztowna zabawka dla bogatych. Elektryczny Porsche Taycan Turbo S kosztuje 790 tys. zł. (polski dystrybutor poinformował niedawno, że od lipca 2018 r. w Polsce dokonano aż 117 rezerwacji tego samochodu). Elektryczny Jaguar czy Mercedes są co prawda o połowę tańsze (Jaguar I_PACE – 356,6 tys. zł, Mercedes EQC SUV ledwie 331,2 tys zł) no ale jednak, parę złotych wydać trzeba. Tymczasem Skoda wprowadziła do sprzedaży model CitigoEiV za 81,9 tys. zł brutto. Drogo, jak za mały samochód miejski, ale jeśli uwzględnić zapowiadaną rządową dopłatę (30 proc. tej ceny to 24,57 tys. zł) to najtańszego z dostępnych na polskim rynku aut spada do 57,33 tys. zł. Przy znacznie niższych kosztach eksploatacji, przypomnijmy. A taki wydatek jest już w zasięgu średnio zarabiającej rodziny.

Do obietnic rządu zaczęli na wyścigi dopasowywać się inni producenci samochodów. Ceny VW e-UP (96,29 tys. zł), Seata Mii Electric (cena krajowa nie jest jeszcze znana, ale w Niemczech kosztuje on 20,68 tys. EUR) czy Smarta EQ ForTwo (96,9 tys. zł) mieściły się w limicie 125 tysięcy złotych, ale już samochody segmentu B były droższe. W błyskawicznym tempie opracowano programy promocyjne i Opel Corsa-e czy Peugeot e-208 staniały do 124.900 zł. Tysiąc poniżej limitu. Podane ceny to kwoty brutto.

I nagle się pozmieniało. Po ledwie dwóch miesiącach zmieniono reguły gry, która nie zdążyła się jeszcze nawet rozpocząć. Ministerstwo od klimatu zamierza zmniejszyć kwotę dopłaty o połowę, do 18.750 zł. Dzięki temu, jak tłumaczy minister Kurtyka, z możliwości tej będzie mogło skorzystać 4 tysiące osób. Wszystko w sytuacji, gdy pewna liczba klientów już zdecydowała się już wpłacić zaliczki i zadatki na poczet samochodów, z finalizacją zakupu czekając na ogłoszenie naboru wniosków o dopłaty. A zmiana rządowej decyzji znacząco zmieni kalkulację. W przypadku najtańszej Skody dopłata wyniesie nie 24,57 tys. zł ale 18,75 tys. zł. To prawie 6 tysięcy zł różnicy. Blisko jedna dziesiąta ceny. Dotowany z rządowego funduszu CitigoE iV będzie teraz kosztował 63,15 tys. zł zamiast obiecywanych 57.330 zł.

Zapowiadana zmiana niesie za sobą nie tylko finansowe skutki. Część obserwatorów rynku samochodowego powątpiewa w to, że okrojona dopłata rządowa zwiększy w znaczącym stopniu zainteresowanie kupnem nowych samochodów elektrycznych. W założonym limicie 125 tys. zł mieszczą się tyko najmniejsze z dostępnych samochodów albo auta średnie o bardzo zubożonym wyposażeniu lub zasilane najsłabszymi bateriami. O ile dopłata 30 proc. w przypadku Peugeota e-208 może stanowić wystarczającą rekompensatę za słabą jakość (30 procent z 124,9 tys. zł to prawie 37,5 tysiąca zł), to ograniczenie dopłaty o prawie 20 tysięcy znacznie zmniejsza atrakcyjność tej kalkulacji.

Jak ocenia Instytut Badań Rynku Samochodowego Samar w 2019 roku w Polsce zarejestrowanych było nieco ponad 5 tysięcy samochodów elektrycznych. To niecałe 0,4 promila z 29 mln wszystkich jeżdżących po Polsce. Jeśli przyjąć optymistycznie, że w tym i w następnych latach z rządowej dopłaty skorzysta jednak 4 tysiące kierowców, to obietnica Mateusza Morawieckiego zostanie spełniona na jakieś 250 lat.

Chyba, że gwałtownie się wzbogacimy. Ja, dla przykładu, uważam, że Jaguar I_PACE to naprawdę ładny samochód. Nie muszę mieć Porsche. Jaguar zrobi wystarczająco wielkie wrażenie, gdy pojadę na ryneczek Pogodno po jabłka na szarlotkę (z mąki razowej żytniej i razowej orkiszowej).

Albo Teslę sobie kupię. Dla dzieci. Za 600 USD, więc dam radę bez rządowej dopłaty. I dziecku jakiemuś dam.

Rafał Jesswein

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here