Pomeranika – Jan Maria Piskorski

0
1227

Pomorze to woda i wiatr. Także las. Kraina niekoniecznie mlekiem i miodem płynąca, wbrew temu, o czym przekonywali organizatorzy średniowiecznej kolonizacji w apelach do migrantów z zachodu, a potem władze powojennej Polski w dość podobnych odezwach do ludności z kresów wschodnich, znad Wisły i Warty. Mimo upływu setek lat oraz kolejnych wezwań, pola wciąż leżą tu odłogiem, „szeroko otwarta” ziemia niezmiennie „oczekuje  osadników” (1176 r.), na opuszczone osady z okresu od średniowiecza poprzez burzliwe czasy wojny trzydziestoletniej (1618-1648) aż po dramatyczny rok 1945 można się natknąć podczas każdej dłuższej wyprawy na grzyby.

Dziwi jabłonka w środku puszczy czy na niezamieszkałych łąkach. Rozglądamy się wokół, dostrzegamy zdziczały sad, resztki fundamentów, ostatni stopień ze schodów na ganek. Wchodzimy. Z nory, która prowadzi do piwnicy, wyskakuje lis. Do głowy cisną się myśli, kto i kiedy wystawiał tu ostatni raz twarz do słońca, słuchał dzikich gęsi, podziwiał ciągnące wysoko na niebie klucze żurawi, może marzył o złotym sercu w księżycową noc, póki z zadumy nie wyrwało go niepokojące wołanie puszczyka. Czujemy się nieswojo, jednak dla historyka z prawdziwego zdarzenia to uczucie bardziej owocne niż nostalgiczne. Badacz przeszłości nieprzerwanie uczy się chodzić w cudzych butach i ubraniach. Jeśli nie wytrzymuje ich niewygody, znaczy, że nie nadaje się do zawodu, którego istotą jest rozmowa z przodkami. Poważna wymiana zdań na niełatwe tematy musi uwierać. Przodkowie – najczęściej w szerszym, czasami, co jeszcze trudniejsze, w węższym znaczeniu – mają swoje ciężkie argumenty i zadają nam współczesnym nie mniej skomplikowane pytania niż my im. Niektóre dręczą nas latami. Błagamy los, aby nigdy nie doszło do sytuacji, która wymusi na nas sprawdzian.       

Skoro woda i wiatr, to również łodzie, żagle, ryby i ptactwo wodne. Rybami stało zwłaszcza Pomorze Zachodnie, dzięki tarłom śledzi, mimo że w XII wieku tarliska przesunęły się od wybrzeży zachodniopomorskich ku wyspie Rugii, a sto lat później ku brzegom Skonii. Aż po XVI wiek, kiedy Holendrzy rzucili na rynek większe śledzie atlantyckie, zapewniały one egzystencję tysiącom mieszkańców Pomorza. Szczecin średniowieczny śledzie rozsławiły bardziej niż dwór książęcy. Dały pracę rybakom, którzy założyli kilka silnych gildii (bractw) połowowych i baz dalekomorskich. Jesienią wypełniały się one pracowitym gwarem przybyszów. Jedni łowili ryby, inni zajmowali się ich konserwacją, jeszcze inni transportowali je do Szczecina. W stoczniach wzdłuż zachodniego brzegu Odry i na Łasztowni uwijali się w pocie czoła budowniczowie statków, kutrów i łodzi. Bednarze z trudem nadążali z produkcją beczek, kontenerów dawnego świata. Na straganach Rynku Rybnego, najstarszego w Szczecinie, handel detaliczny śledziami prowadzili przekupnie. Kupcy rozprowadzali je po bliższym i dalszym zapleczu: Brandenburgii, Wielkopolsce, Saksonii, Śląsku. Docierały również do Krakowa i Lwowa. Gdańsk, dzięki szerokiemu zapleczu polsko-litewsko-ruskiemu, uchodził w Hanzie za „skład zbożowy”. Szczecin, za sprawą śledzi, za „skład rybny”. Prawie zapomniany zapach solonych i suszonych ryb to przez długie wieki zapach Pomorza. Komu trudno go było ścierpieć, co się przecież zdarza, musiał przeżywać katusze w miastach portowych. Wychowany w Rotterdamie Erazm do końca życia nie potrafił się powstrzymać przed wygłaszaniem w najbardziej uczonych rozprawach gapowatych uwag o jedzeniu ryb. Najwyraźniej przejadł się nimi w młodości i uznał na swoim przykładzie – uczonym zdarza się to wcale często, choć nie lubią się do tego przyznawać –, że ryby ogólnie szkodzą zdrowiu, mimo że tradycja chrześcijańska, wywiedziona z żydowskiej, zaliczała je do żywności najzdrowszej, niekiedy wręcz leczniczej. Post jest dla człowieka, a nie odwrotnie – grzmiał górnolotnie.

Wojom Bolesława Krzywoustego ryby morskie zakonserwowane solą, słońcem i wiatrem śmierdziały. Widzieli morze po raz pierwszy w życiu. Jego bezkres wzbudzał respekt, jego niezmierzone skarby pociągały. W 1103 r. nie zdobyli Kołobrzegu, bo zajęli się rabunkiem bogatych przedmieść, zaborem „z morza gromadzonych bogactw” oraz wiązaniem wziętych licznie w niewolę dziewcząt i chłopców. W pieśni zapisanej na początku XII w. przez Anonima zwanego Gallem rycerze polscy odważnie zapowiadają wyprawy na morskie potwory:

Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,

My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!

Ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali,

A nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali.

Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,

A my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!

Polskie wyprawy po „złote runo” zakończyły się fiaskiem. Polaków nie ciągnęło na morze. Mimo że w czasach już bliskich, szczególnie na fali euforii po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, zwykliśmy się przechwalać ojczyzną „od morza do morza”, w rzeczywistości pociągało nas to, co pomiędzy nimi – „międzymorze”: ukraińskie czarnoziemy i tania, z czasem na poły niewolnicza siła robocza. Żyzne stepy, dając łatwy zarobek na eksporcie zboża na Zachód, wciągnęły polską szlachtę i – konstatował Józef Szujski – zgubiły Polskę. Zapóźniona cywilizacyjnie w stosunku do Zachodu i stosunkowo słaba demograficznie Polska nie była w stanie sprostać wyzwaniom na ogromnych terytoriach rusko-litewskich. „Dzikie żywioły” wzięły górę nad europejską spuścizną Piastów i odsunęły nas od Zachodu. W konsekwencji czas rozkwitu Rzeczypospolitej jagiellońskiej oznaczał zarazem zaczątek jej kryzysu.

Szczeciński dom handlowo-bankierski Loitzów, określanych mianem „Fuggerów Północy”, upadł za sprawą pożyczek udzielonych Zygmuntowi Augustowi na rozbudowę polskiej floty. Sejm nie zgodził się spłacić długów ostatniego Jagiellona, co wywołało serię bankructw mieszczan i szlachty zachodniopomorskiej. Loitzowie ratowali się ucieczką do Polski. W Szczecinie pozostała po nich jedynie gustowna kamienica nieopodal zamku książęcego.

(…)

Moje Pomorze to woda, wiatr i ptaki. Ptaki może najbardziej, gdyż ożywiają „martwą” naturę. Czuję się związany raczej z określonymi ludźmi niż tym czy innym miejscem. Ojczyzną ptaków jest powietrze, ryb woda, człowieka ziemia. „Wszędzie znajdę miasta, morza i porty” – powiedziałbym najchętniej za średniowiecznym encyklopedystą Brunetto Latinim, który kochał przecież swoją Florencję – dodając, także za nim, że „mój kraj […] wszędzie tam, gdzie mam niebo nad głową”. Wcale niekoniecznie błękitne. Ważniejsze, aby kolorów nieba nie kradły zbyt liczne flagi. Niebo zostawmy ptakom. Dla nich właśnie, i dla wody, wróciłem po latach na Pomorze. Woda i wiatr to niesforne żywioły. Ptaki symbolizują przestrzeń i swobodę, bez których nie potrafię się obejść. Jak bez ciszy, stojącej u początku każdego sensownego przedsięwzięcia. Fabryki są potrzebne, to oczywiste, ale nie wyprodukuje się w nich myśli, która je stwarza i nadaje im sens. Gdy pięć tysięcy lat temu Gilgamesz dotarł na pogranicze ziemi i nieba, najdalej z nas wszystkich, usłyszał, że bogowie zesłali Potop nie mogąc poradzić sobie z hałasem czynionym przez ludzi, którzy lekceważyli boskie prośby i groźby. Nie przestraszyli się nawet potężnej zarazy i związanej z nią fali głodu.  

W Szczecinie przy niewielkim wysiłku wyśledzić można w samym sercu miasta, blisko placu Grunwaldzkiego, rzadkiego sokoła wędrownego. Żurawie – ptaki robiące wrażenie zaczarowanych przybyszów z innych światów, dobre duchy – przeciągają kluczami nad moim mieszkaniem w centrum niemałego przecież, na skalę europejską, miasta. Prawie pod Szczecin podlatują orły. Wreszcie okolice. W ciągu kilkudziesięciu minut jazdy pociągiem lub samochodem można się znaleźć w puszczach pojezierza, gdzie bez trudu zobaczymy lisa polującego na dzikie kaczki, czaplę z rybą w dziobie, czasami wilka, a nawet żubra. Nad brzegiem morza trafia się foka, nie mówiąc o wszędobylskich od niedawna bobrach. Niektórym szczęście pozwala spotkać syrenę. Dawniej specjalistami w tej dziedzinie byli marynarze i rybacy, dzisiaj taka gratka przytrafić się może każdemu, zwłaszcza intelektualiście. I nie przypadkiem.    

Szczecin nie jest miastem najpiękniejszym, zwłaszcza w swojej średniowiecznej części. Zmasakrowały ją podczas wojny naloty anglosaskie; leży nieopodal portu i dzielnicy przemysłowej. Chaos powojennej odbudowy i braki w perspektywicznym planowaniu urbanistycznym w Polsce dokładają od lat swoje. Rozłożył się jednak Szczecin nad Odrą cudownie. Nie ma u nas drugiego miasta, gdzie puszcza wchodzi w samo centrum. Miesza się z pojedynczymi domami nad jeziorem Głębokie i w Lasku Arkońskim, muska delikatnie wille Pogodna, by na Jasnych Błoniach wejść w nierozerwalny uścisk z zabudową wielkomiejską. Na ostatnim odcinku łącznikiem jest park Kasprowicza, brutalnie zraniony przez gierkowskie straszydło, tzw. Teatr Letni. Podobnie współżyje natura z odbudowującym się stopniowo portem. Malowniczo wpisują się w ten obraz nawet puste doki i rdzewiejące suwnice szczecińskich stoczni, choć w sam raz tutaj chciałoby się trochę rumoru maszyn, a przynajmniej pracowitego zgiełku uwijających się ludzi. Póki one nie wrócą, niezależnie od formy, trudno będzie uwierzyć, że miasto podnosi się z głębokiego kryzysu, jaki przyniosły lata po 1989 r. Jedna z wcześniejszych powieści Kazuo Ishiguro, wywiedzionych jeszcze z jego japońskich doświadczeń, dzieje się w straszliwie dotkniętym wojną Nagasaki. Powracający hałas fabryczny kontrastuje z ciszą po wybuchu bomby atomowej. Stukot maszyn ludzie traktują jako objaw powrotu miasta do zdrowia i sami zaczynają się czuć lepiej. Na uniesionych wysoko w niebo martwych ramionach suwnic i dźwigów szczecińskich stoczni przysiadują ptaki. Najczęściej mewy, rybitwy i kormorany, ale zobaczyć da się tam nawet puchacza, króla wśród sów, nie mówiąc o puszczykach. Sowy uwielbiają nieczynne mosty i opuszczone budowle nad rzekami, a na głosy ptaków warto nastawiać ucha. Gęsi kapitolińskie uratowały Rzym. Szczecińskie sowy pytają z niepokojem, jak chcemy się wybrać po zamorskie skarby, skoro nie potrafimy zbudować okrętu dla argonautów?

(…)

Historia płata figle. Ludzie, których odrzucało od siebie przed 1939 r., spotkali się po wojnie na polskich Ziemiach Zachodnich i Północnych, zwanych wtedy Odzyskanymi. Nierzadko zamieszkali w tych samych domach, a nawet dzielili mieszkania. Szczególnie często taka sytuacja miała miejsce właśnie na Pomorzu Zachodnim, a zwłaszcza w Szczecinie. Tutaj każdy poniekąd, włącznie z powracającymi licznie Niemcami, mógł się czuć jak u siebie w domu, ponieważ co najmniej do lipca 1945 r. nie było wiadomo, do kogo miasto należy. Jan Musekamp pisał, że w Szczecinie powstała najbardziej zróżnicowana, wymieszana etnicznie i kulturalnie polska przestrzeń. Kogóż tu nie było, pytałem w ślad za niemieckim historykiem, do którego interesującej książki napisałem swego czasu przedmowę. „Coraz mniej liczni Niemcy, ale przecież wciąż widoczni i słyszalni, przynajmniej po koniec lat pięćdziesiątych. Jeśli pominąć pierwszy rok głodu, nie prześladowano ich tu tak, jak na Śląsku, gdzie prowadzono ostrą politykę polonizacyjną. […] Od końca 1945 roku coraz liczniej przybywali do miasta Polacy, niektórzy nawet z chińskiego Harbina, gdzie w ramach powojennego układania świata, przypominającego porządkowanie lasu przez wyrwidęba, zlikwidowano polską kolonię sięgającą korzeniami dziewiętnastego wieku. Wraz z nimi napływali polscy Żydzi, właściwie z całej przedwojennej Polski, ale głównie zza Buga. Gros wśród nich stanowili jednak uchodźcy z Polski centralnej z 1939 roku, zesłani potem na wschód, co – paradoksalnie – uratowało im życie. Przez pewien czas tworzyli oni w Szczecinie większość, zamieszkując przede wszystkim opuszczane stopniowo przez Niemców Niebuszewo, potocznie zwane naonczas Lejbuszewem. W 1947 roku przywieziono z południowo-wschodniej Polski Łemków i Ukraińców. Słychać też o Francuzach, Włochach, Rumunach, zapewne robotnikach przymusowych i jeńcach, którzy zdecydowali się podjąć pracę w mieście na gwałt poszukującym fachowej siły roboczej. Z objętej wojną domową Grecji przybyli Macedończycy i Grecy. W okolicach Szczecina najłatwiej można ich było spotkać w Policach. Wreszcie wszechobecni byli «Rosjanie», żołnierze i dezerterzy Armii Czerwonej.

Wielu osadników, zwłaszcza z Polski centralnej, napływało do Szczecina ściągniętych mirażem miasta portowego, pogranicznego – niebezpiecznego miasta nieograniczonych możliwości. Stąd czasami w literaturze popularnej przyrównuje się Szczecin i jego okolice do dziewiętnastowiecznej Ameryki. Faktem jest, że i tu, i tam spotykało się ludzi z niemal całego świata. Niemniej fenomen kolonizacji Ameryki opierał się w zasadzie na wolnym osadnictwie, podczas gdy powojenna szczecińska wielokulturowość miała charakter wymuszony. Większości, zwłaszcza tych przywożonych ze wschodu, w ogóle o zdanie nie pytano, wysadzając na jednym ze szczecińskich dworców, z których jednocześnie, nierzadko tymi samymi pociągami, wywożono ludność niemiecką. Niektórzy Niemcy potajemnie wracali, licząc na zmianę przynależności politycznej miasta lub ucząc się w pośpiechu języka polskiego, podczas gdy Polacy, a szczególnie licznie polscy Żydzi, równie potajemnie Szczecin opuszczali, udając się na Zachód, najpierw do obozów przejściowych w amerykańskiej i brytyjskiej strefie okupacyjnej, gdzie – trzeba od razu dodać – nie witano ich z otwartymi rękoma. Łemkowie i Ukraińcy wysiedleni w ramach «Akcji Wisła» próbowali z kolei uciekać do domów na południu Polski, stwierdzając najczęściej, że są już zajęte albo zdewastowane. Nikifor, najsłynniejszy z nich, tak długo wracał po niekończących się torach do umiłowanej Krynicy, aż wreszcie pozostawiono go w spokoju, poddając tylko na miejscu inwigilacji”.  

Rok 1945 stanowi dla Pomorza Zachodniego, jak dla wielu innych miejsc Europy Środkowej, zwłaszcza jej wschodniej części, cezurę arcytrudną. Zerwał kilkusetletnie tradycje, przerwał szlaki komunikacyjne, rozerwał wiele serc. Odra, której gościnne ramiona, u samego ujścia rozwarte na sto kilometrów, spajały Pomorze Zachodnie, stała się granicą międzypaństwową. Przez szereg lat po wojnie mieszkańców pogranicznych domów obowiązywało zaciemnienie. Po obu stronach rzeki stacjonowała ta sama sowiecka armia, niemniej zasłaniano na noc okna w obawie przed niespodziewanym atakiem wroga. Na tym nie koniec paradoksów. Wojna i związane z nią mniej czy bardziej wymuszone przesiedlenia oddzieliły społeczeństwa po obu stronach pomorskiej granicy barierą głębokiej niechęci, czy nawet nienawiści. Zarazem zadecydowały o ich podobieństwach. Wielcy badacze rozumieją, wskazywałem kiedyś na przykładzie Rudolfa von Thaddena, że rzeczywistość zawiłych czasów kształtują prawdy dalekie od utartych. Badacz musi więc szukać „dziur w całym” i dopiero ich znajomość przybliża go do złożonej prawdy o zjawisku jako takim. Stereotypowa „całość” ułożona po latach na potrzeby pedagogiki czy choćby tylko naszego zdrowia psychicznego jest z zasady czymś zupełnie innym od rzeczywistości.  

(…)

Wokół historii, jak wokół polityki, konflikt będzie istniał zawsze. Nie powinniśmy się więc na siebie obrażać, szczególnie na przeciwników z innych obozów politycznych czy narodowych, lecz odpowiadać argumentami na argumenty. Z kształtowaniem pamięci w warunkach demokratycznych nie ma powodu się spieszyć, co jest tak charakterystyczne dla obecnego obozu u władzy w Polsce. Państwo ma prawo kształtować pamięć zbiorową w ramach uzgodnionej z obywatelami polityki historycznej. Pamięć się zmienia i dojrzewa w miarę nabywania wiedzy i nowych doświadczeń. Niepokój budzą próby manipulowania przeszłością poprzez wymazywanie z niej niechcianych lub niewygodnych tradycji i zamykanie ust krytykom. W tym miejscu kończy się polityka historyczna, a zaczyna historyczna inżynieria – świadoma manipulacja poprzez wybór przekłamany. Brutalne interwencje w pamięć jednostek, zbiorowości, regionów i narodów są oznaką braku szacunku. Na szczęście rzadko przynoszą trwałe efekty, chyba że odwrotne od zamierzonych. Dzisiaj nie sposób już zdziesiątkować rywali, jak dawniej bywało. Wzajemne zaufanie, niezbędny warunek trwania jakiejkolwiek wspólnoty, buduje się poprzez dialog, niechby najtrudniejszy, sprzeczkę i nawet kłótnię, jeśli tylko skłaniają do refleksji.

Pobłądzić w gąszczu pamięci nietrudno, błądzenie jest zresztą rzeczą ludzką, także wyprawy w ślepe uliczki. Ważne, by na koniec umieć znaleźć kompromisy, stanowiące podstawę pamięci zbiorowej, skoro większość z nas musi się w niej stosunkowo łatwo odnaleźć. Inaczej pamięć będzie dzielić zamiast łączyć. Kompromis nie musi prowadzić od razu do zmiany stanowiska, odrzucenia jednego na rzecz drugiego. Chodzi raczej o to, byśmy dostrzegli obok siebie ludzi myślących inaczej, a przecież stanowiących immanentną część naszych zbiorowości. Nie oznacza to, dodajmy za Johnem Pocockiem, że niezbędne jest zrozumienie, dlaczego kto inny, choćby nasz sąsiad, myśli tak, a nie inaczej. Starczy, że dotrze do naszej świadomości, że ma odmienne zdanie na ten sam temat i nie wynika ono ze złej woli lub złych zamiarów.

Tego typu systematycznej debaty wciąż mi w Szczecinie brakuje. Brak mi jej także po drugiej stronie granicy. Nie znaczy to, że jej nie ma zupełnie, lecz do powszechnej świadomości dociera raczej przebijanie się pomysłami ad hoc i niechęć do dialogu. Również niecierpliwość. Jak gdyby nie chciano zostawić miejsca na pomniki czy tablice, których nikt poważny nie zakwestionuje. 

Niech park Kasprowicza poczeka na pomnik Kasprowicza, aby wielki poeta, patron parku, zajął miejsce poety. To nie miejsce dla Piłsudskiego. 

Niech kotwica tak długo spoczywa na miejscu dawnej Sediny, aż się pogodzimy co do tego, czym ją, jeśli w ogóle, zastąpić. Pomnik w dawnej formie będzie tylko śmieszył. Tamtego Szczecina nie ma. Może wrócić do pomysłu tobołka czy walizki, najbardziej wyrazistego symbolu Szczecina i Pomorza w latach ostatniej wojny i krótko po niej?

Ustalmy, co zrobić z odkrywanymi tu i ówdzie niemieckimi czy hebrajskimi napisami. Ja bym je wszędzie tam, gdzie można, a już zwłaszcza na dawnych cmentarzach, nawet w murkach je okalających, zachował. Nawet gdyby trzeba po nich chodzić. Byłyby jak autentyczne Stolpersteine, kamienie, o które się mamy potknąć. Przypominałyby, że w naszym świecie, dużym i małym, nie jesteśmy sami. Że inni byli przed nami, a jeszcze inni przyjdą po nas. Czy to nie najważniejsza z prawd potrzebnych do życia?

Zastanówmy się w spokoju, jak upamiętnić wymordowaną żydowską ludność Szczecina i Pomorza Zachodniego. Byli to, poza wszystkim innym, imigranci z terytoriów polskich, przybyli tu najczęściej dopiero w czasie rozbiorów. Niektórzy jeszcze podczas deportacji w lutym 1940 r. potrafili się trochę posługiwać polszczyzną. Obiegowa opinia, że po wywózce na Lubelszczyznę dzieliła ich przepaść od polskich Żydów, nie znajduje jednoznacznego potwierdzenia w źródłach, mimo że w istocie spotykali się ludzie z innych światów materialnych i mentalnych: wykształcona inteligencja oraz małomiasteczkowa bieda. Wprawdzie niedawno podtrzymał ten pogląd Eryk Krasucki, najlepszy znawca problematyki, ale pozwolę sobie zasiać w drawskim ogrodzie mego magistranta ziarno wątpliwości, którą – mam nadzieję – uda mu się kiedyś rozwiać.

Na ile mi wolno sądzić na postawie znanych źródeł, jedni, szczególnie starsi, przerażeni biedą wokół, wyrażali w listach żal, że ich nie rozstrzelano przed wyjazdem i,  nierzadko, targali się na swoje życie (nie jestem przekonany, czy ludzie zapędzeni w sytuację bez wyjścia dokonują jeszcze  samobójstw). Drudzy oddawali się marzeniom o Syberii – niemal wszystko, jak widać, jest sprawą proporcji. Nie brakowało takich, którzy dostrzegali cierpienia miejscowych, Żydów i Polaków, zwłaszcza wygnańców z Wielkopolski i polskiego Pomorza na przełomie 1939 i 1940 r. Tutaj wszędzie „Herman i Dorota” – zapisuje 6 maja 1940 r. Martha Bauchwitz, obserwując wozy z Polakami z Bydgoszczy. Niektórzy, widząc udrękę gospodarzy, u których się znaleźli, nawoływali do zrozumienia ich pogarszającego się humoru i brali na siebie jakieś zajęcia. Wiadomo też, iż utrzymywali trudne do określenia kontakty poza gettem, póki nie otoczono go drutem kolczastym. Podziwiali wiarę Polaków, słysząc w niedzielę dochodzący z kościoła gromki śpiew. To przecież wspaniałe. U nas tylu utraciło wiarę, w której wyrośli – żali się Martha w liście do córki.  

Wszystkich bez wyjątku zżera tęsknota, która jednych zabija, innych podtrzymuje na duchu: w sobotę byliśmy z Wami na szczecińskich łąkach – marzy Martha Bauchwitz w liście z końca maja 1940 r. Urodzona w Poznańskiem Cläre Silbermann, około 45-letnia muzyczka ze Szczecina, deportowana z mężem do getta w podlubelskich Bełżycach, stara się usilnie izolować dzieci przybyszów i miejscowe od okrucieństw otaczającego świata. Przypomina sobie język polski; strasznie trudny – dodaje. Pozostawia fenomenalne listy, obrazujące codzienność getta, nawet jeśli domyślamy się, że to tylko strzępy: Tyle jest na sercu, a nie można pisać. W lutym 1941 r. stwierdza, że gdyby nie prowadziła zajęć z dziećmi, byłoby z nią samą całkiem źle. W maju żali się na ciasnotę w szkole, nie ma jak pomieścić uczniów. W styczniu 1942 r., za oknem okropny mróz, Silbermann robi lekcję o miłości bliźniego: dzieci były szczęśliwe i zapewne wyszły w lepszym nastroju. W innych listach cieszy się z otrzymanego proszku do szorowania. I pułapek na myszy: Jeszcze kilka by nie zaszkodziło – dorzuca. Choć obserwuje niekończące się marsze wygnańców, nie może uwierzyć, że są prowadzeni na rzeź. Skąd ma wiedzieć, że w okupowanej Polsce rozpoczyna się Akcja Reinhardt, w ramach której zgładzono w ciągu kilkunastu miesięcy półtora miliona polskich i europejskich Żydów? Ostatni list, z końca lipca 1942 r., zamyka wołaniem o pamięć.

To i do nas wezwanie, może nawet przede wszystkim do nas, bo kto inny niż polscy mieszkańcy Pomorza Zachodniego ma przejąć odpowiedzialność za dziedzictwo i pamięć wymordowanych zachodniopomorskich Żydów? Bardzo mi się podoba idea Roberta Ryssa, wydawcy „Gazety Chojeńskiej”, aby potraktować ich upamiętnienie jednocześnie jako hołd dla milionów naszych współobywateli w dawnej Rzeczypospolitej. Po tym polu, wciąż pełnym min, należy się poruszać szczególnie ostrożnie i unikać błędów, nawet takich typowo polskich – popełnianych z pośpiechu i niechcący. Tymczasem szczeciński Urząd Miasta nie godzi się na umieszczanie w chodnikach kostek pamięci, dosłownie „kamieni potknięć”, dla tutejszych Żydów. Argumentuje małostkowo za Instytutem Pamięci Narodowej, jak gdyby ta placówka miała monopol na naszą pamięć, że „Stolpersteiny” mogą sugerować polską odpowiedzialność za holokaust. A przecież mordowani Żydzi nie mieszkali nawet w polskim Szczecinie. Ten sam Urząd nie miał wcześniej wątpliwości, gdy na jednej ze szczecińskich kamienic zawisła, szczęśliwie na krótko, tablica upamiętniająca miejsce urodzenia Heinricha George, aktora grającego w najpodlejszych filmach antysemickich, w których przymusowymi statystami byli polscy Żydzi z getta w Lublinie, po zdjęciach zamordowani. 

(…)

„Bez kamyka żaden żuraw nie przeleci morza”, powiedziałem od razu, gdy w związku z jednoczesnym polskim i niemieckim wydaniem „Pomorza Zachodniego poprzez wieki” pewien księgarz zapytał mnie, dla kogo wymyśliłem tę książkę. Z opuszczonego sadu, stojąc na fundamentach rozebranego domu w pobliżu jeziora Świdwie, obserwowaliśmy w spokoju jesienne odloty żurawi. „Czym jest dla pana Pomorze Zachodnie, że nie waha się pan jedną i tę samą książkę zaadresować do Polaków i Niemców?”

Przyznam, że pytanie to kompletnie mnie zaskoczyło. Inaczej niż Paweł Migdalski, który stawiał pierwsze kroki w fachu pod moją opieką, tymczasem jednak wie o Pomorzu więcej niż ja, nie byłem i nie jestem pomorskim patriotą i miałbym wielki kłopot z powiedzeniem, że „jestem Pomorzaninem i kocham moje Pomorze, obejmujące ziemie między Strzałowem (Stralsundem) i Słupskiem…”. Moje dzieciństwo biegło w rozdarciu między Szczecinem, gdzie mieszkałem, czując dziecięcym swędem, że nie do końca u siebie, bo matka tego miasta nie znosiła, a Poznaniem, gdzie się działy wszystkie niemal ważne sprawy, które się o mnie ocierały. Dlatego w Poznaniu czułem się przez długie lata jak w domu. Nie miałem tam wody, lasu i wiatru, ale nie brakowało mi przyjaciół. I dzisiaj podziwiam bardziej pomorską przyrodę niż samo Pomorze. Niemniej Wielkopolaninem też się nie czułem.

Kocham przyjaciół, niekoniecznie Wielkopolan czy Pomorzan. Ze zdefiniowaniem tych ostatnich miałbym spory kłopot. Jeśli Pomorzanie istnieją, to na pewno in statu nascendi, w fazie kształtowania. Gdzie plemię to zamieszkuje, tym bardziej nie potrafiłbym odpowiedzieć. W każdym razie gdzieś od Wisły po Rugię i Bardo, na pewno nie tylko na zachód od Słupska, bo co zrobić z jedynymi rodowitymi Pomorzanami polskimi, osiadłymi na Pomorzu Gdańskim? Że ludzie zamieszkujący na zachód od Odry czują się Pomorzanami, nie wątpię. Pytanie tylko, czy poczuwają się do związku z polskimi Pomorzanami? Większość pewnie nie, przynajmniej na razie, bo wciąż nie mamy tej siły przyciągania, którą cieszyła się otwarta na świat, dostatnia i tolerancyjna Rzeczpospolita między XV a XVII w. Niektórzy, jak mniemam, przyznaliby się do takiego związku, ale zaraz pojawiłby się kolejny kłopot. W zasadzie wszyscy moi koledzy na niemieckim Pomorzu, którzy angażowali się bądź angażują w sprawy polskie są przybyszami: z innych dzielnic Niemiec, ale i z państw skandynawskich. Jeden to prawdziwy rarytas: urodzony w Norwegii Niemiec, muzyk i politolog o korzeniach żydowskich w Szczecinie, a sięgając dalej na polsko-białoruskich kresach. Pozwolę więc sobie powtórzyć ulubioną maksymę Roberta Ryssa, przybysza z Lublina, z którym lubię się szwendać po Pomorzu: Wszystko jest bardziej skomplikowane niż się wydaje. Tożsamość pograniczy przeoranych głęboko wojnami i wielkimi przesiedleniami potrzebuje wieków, by się ulepić na nowo. 

Zaskoczony pytaniem księgarza, odpowiedziałem jeszcze po chwili pytaniem na pytanie: czy nie na tym polega sztuka, że pisze się jedną książkę dla wszystkich, a nie dla każdej nacji osobno? Chodzi przecież także o to, abyśmy żyjąc obok siebie, spojrzeli czasami na siebie wzajemnie i przejrzeli się w oczach sąsiada. Myśl przygotowania historii Pomorza Zachodniego, dawnego Pommern, przez grono polskich i niemieckich autorów zdawała mi się najzwyczajniej oczywista od 1989 r. Zaczynałem przygodę z historią od średniowiecza, które w niniejszym zbiorze pomeraników przemówi mocnym głosem. Europa była wtedy ściślej powiązana niż współcześnie. Nikt nie zastanawiał się, czy Polska albo Węgry należą do Europy. Traktat o jej stanie znany już nam papież Pius II rozpoczął od opisu zagrożonych przez Turcję Węgier, Siedmiogrodu i Tracji (czy dzisiaj nie powinniśmy rozpoczynać od Donbasu zamiast od Brukseli?). Pomorze Zachodnie widziałem oczyma mediewisty. Granice nie stanowiły dla mnie sprawy najważniejszej, dopiero się kształtowały, podobnie jak narody. Narody istnieją za sprawą codziennego plebiscytu, skonstatował trafnie przed stu pięćdziesięciu laty Ernest Renan, aczkolwiek, warto dodać, niektóre, tylko w kolebkach cywilizacyjnych, trwają w zadziwiający sposób, niezależnie od dominującej religii, zmieniającego się języka, czy tym bardziej formy rządów. Granice są płynne, podsumował niedawno starą debatę Norman Davies. Wszystko płynie, dorzuciłby nie zdziwiony Heraklit.   

(…)

Prof. dr hab. Jan Maria Piskorski

Fragmenty wstępu najnowszej książki Jana Marii Piskorskiego – Pomeranika, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2020

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here