Pendereckiego rocznica Grudnia ’70

0
328

Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki muzyki, umilkły oklaski, pełne entuzjazmu okrzyki, kiedy ponad 5 tysięcy przemarzniętych widzów skierowało się w stronę wyjścia, by opuścić halę K-1 Stoczni Szczecińskiej Nowa, do ubranego już w ciepły płaszcz Krzysztofa Pendereckiego podchodzi Jadwiga  Igiel-Sak, dyrektor Filharmonii Szczecińskiej, współorganizatorka koncertu, jakiego Szczecin nie widział nigdy wcześniej i nie zobaczył nigdy później, i wyraźnie wzruszona ściska, całuje Profesora mówiąc: – Przepraszam za te warunki… ale Bóg zapłać, że Pan jest. Dzięki!

– Do końca życia zapamiętam ten koncert. Nigdy w życiu nie brałem udziału w takim wydarzeniu – mówi Penderecki przy tablicy, którą dla upamiętnienia tych wydarzeń jeszcze przed koncertem zamocowano na wewnętrznej ścianie stoczniowej hali, a na której zapisano: „Uroczystym Koncertem REQUIEM POLSKIE Krzysztofa Pendereckiego pod batutą Kompozytora składamy hołd Ofiarom Wydarzeń Grudniowych w 35 Rocznicę”. – Okazuje się, że mimo tak niskiej temperatury można się jednak wzruszyć, bo miałem takie momenty, że już nawet nie widziałem partytury – dodaje.

Taki był w Szczecinie nastrój tego niezwykłego, zimowego wieczoru, 10 grudnia 2005 roku.

————–

– W maju 2005 roku zaczęliśmy zastanawiać się, w jaki sposób uczcić 35. rocznicę tragicznych wydarzeń Grudnia ’70 – mówi Marek Sztark, w 2005 roku dyrektor Opery na Zamku – Jacek Kraszewski, mój zastępca, dyrektor artystyczny Opery, zaproponował zorganizowanie wielkiego koncertu. W gabinecie dyrektor Filharmonii Szczecińskiej Jadwigi Igiel-Sak po raz pierwszy padła wówczas nazwa „Requiem Polskiego” Krzysztofa Pendereckiego.

Zastanawiali się, gdzie taki koncert mógłby się odbyć, w jakiej sali mogłyby wystąpić dwie orkiestry, chóry oraz czworo solistów. Ktoś zaproponował Bazylikę Katedralną p.w. św. Jakuba, ktoś inny Kościół p.w. Św. Krzyża przy ul. Wieniawskiego, ale obie świątynie nie były jednak dostatecznie duże, poza olbrzymi zespołem wykonawców mogły pomieścić zaledwie kilkuset widzów. Marek Sztark zaproponował, by dzieło Pendereckiego wykonać w szczecińskiej stoczni.  W miejscu, gdzie wszystko się zaczęło.

Pojechaliśmy do stoczni. Pomysł uznano za interesujący, pokazano nam kilka obiektów, w tym malarnię – halę wysoką, ogrzewaną, co było ważne, bo przecież zagrać mieliśmy w grudniu, ale malarnia nie była wystarczająco duża. Mogłoby się tam zmieścić nie więcej, niż 1800 osób. Asystentka Andrzeja Stachury zaprowadziła nas do K1.

W 2005 r. tak opowiadał o tamtych wydarzeniach w wywiadzie udzielonym Krystynie Pohl z  „Głosu Szczecińskiego”:

„W tej hali jest coś z atmosfery katedry. Podobnie jak katedra hala ma trzy nawy. Na dwóch poziomach są przejścia, jest oświetlenie. Wielkość całej konstrukcji, różnych urządzeń nadaje atmosferę niezwykłości, tajemniczości. Tworzy naturalną scenografię i oprawę koncertu. To wnętrze wspaniale pasuje do muzyki Requiem. Niezwykła sceneria największej hali przemysłowej Szczecina nada muzyce Krzysztofa Pendereckiego szczególny wymiar. Dlatego bardzo nam zależy, żeby stocznia udostępniła tę halę w stanie jak najbardziej naturalnym, żeby jej specjalnie nie sprzątała, nie myła, nie robiła z niej sterylnego laboratorium, bo padnie cała koncepcja. Chcemy jak najmniej ingerować w naturalną scenografię, raczej podkreślić ją światłem”.

Około 110 metrów szerokości, ponad 150 metrów długości, 16 metrów wysokości. Boisko piłkarskie stadionu Pogoni Szczecin ma wymiary 105 na 68 metrów. W K-1 zmieściłyby się dwa takie. W 2005 roku było to miejsce, w którym rozpoczynała się w ówczesnej Stoczni Szczecińskiej Nowa produkcja statków. Wyposażona w sześć suwnic, z których dwie największe mogły udźwignąć elementy o ciężarze nawet 16 ton, tory kolejowe, kuźnię, w której wyginano wycięte blachy zgodnie z zaprojektowanymi krzywiznami statku oraz specjalistyczne urządzenia do cięcia stali, w tym piły plazmowe, o wartości 5 milionów złotych każda, sprowadzone  w marcu 2005 r., a więc dziewięć miesięcy przed historycznym koncertem, wprowadzające szczecińską stocznię do światowej elity, dzięki którym silnie zjonizowanym strumieniem tlenu cięto grube płachty blach w specjalnym basenie wypełnionym wodą z precyzją, niemożliwą do uzyskania przy wykorzystaniu jakiejkolwiek innej technologii. Tych basenów nie dało się zdemontować i wynieść na czas koncertu poza halę. Na nich postanowiono więc zbudować scenę.

Nie wiadomo, czy Krzysztof Penderecki widział o tym, że dyrygował „Polskim Requiem” stojąc na konstrukcji „stanowiska cięcia plazmowego”.

—————————

– Z pomysłem koncertu w stoczni przyszedł do urzędu miasta Marek Sztark, dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie. – wspomina Andrzej Oryl, wówczas dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta. Sztark zakładał, że  koncertem będzie dyrygował Jacek Kraszewski, który zaproponował wykonanie właśnie tego dzieła. – Dlaczego nie sam Penderecki – spytała wówczas Dr Anna Nowak i dla wszystkich stało się jasne, że jeśli ma to być koncert, jakiego jeszcze w Szczecinie nie było, jeśli obchody 35.lecia szczecińskiego Grudnia ’70 mają mieć oczekiwaną, wyjątkową rangę, to Krzysztof Penderecki, dyrygujący „Requiem Polskim” w stoczniowej hali K-1 będzie wydarzeniem, jakiego Szczecin jeszcze nie widział. Jakiego nie widziała Polska.

Ale Krzysztof Penderecki to twórca światowy, znany, ceniony i bardzo zajęty, miał kalendarz wypełniony na wiele miesięcy naprzód. Nie było pewności, czy znajdzie czas, by przejechać do Szczecina, nie było pewności , czy zechce wystąpić w pokrytej blachą falistą hali, na scenie ustawionej pod suwnicami, obok urządzeń do plazmowego cięcia stali.

Andrzej Oryl: – Zadzwoniłem do pani Elżbiety Pendereckiej, małżonki Profesora. Okazało się, że zorganizowanie w Szczecinie koncertu w tym terminie nie jest możliwe. Maestro miał wówczas zaplanowane koncerty w Chinach.

Dr Anna Nowak: – Wybierałam się wówczas do Warszawy, było tam do załatwienia kilka spraw. Udało mi się zorganizować spotkanie z Niną Terentiew, która była wówczas szefową telewizyjnej „Dwójki”. I Nina Terentiew powiedziała podczas tej rozmowy, że jeśli Szczecin zorganizuje koncert Krzysztofa Pendereckiego w Stoczni Szczecińskiej, to będzie to wydarzenie zasługujące na transmisję telewizyjną i  telewizja będzie go  transmitowała w programie ogólnopolskim. W mojej obecności zadzwoniła do pani Elżbiety Pendereckiej.

Andrzej Oryl: – Zapowiedź transmisji w „Dwójce” zmieniła skalę całego przedsięwzięcia. I kiedy ponownie zadzwoniłem do Elżbiety Pendereckiej dowiedziałem się, że koncert 17 grudnia, w dniu 35. rocznicy nie jest możliwy, ale że Profesor wraca do kraju 10 grudnia, a więc tydzień przed rocznicą, i tego dnia mógłby dyrygować „Requiem Polskim” w Stoczni Szczecińskiej. Był jednak pewien warunek – ktoś musiałby podjąć się przygotowania zespołu wykonawców według wskazówek Profesora, bo sam Krzysztof Penderecki przyjedzie tuż przed koncertem, na kilka zaledwie prób.

To był przełom w organizacji tego projektu. Nazwisko Pendereckiego otwierało w Szczecinie wszystkie drzwi. – Dajcie nam samochód dla Mistrza – poprosił Marek Sztark przedstawiciela Volkswagena i oni udostępnili nam samochód na cały czas pobytu Pendereckiego w Szczecinie. Z kierowcą. Potrzebowali  pokoi hotelowych dla gości i „Radisson” udostępnił nam pokoje, bezpłatnie. Potrzebowali pomocy, by w kilka godzin rozstawić w hali K-1 pięć tysięcy krzesełek, pospinać je, powiązać trytkami, i dowódca 12 Dywizji Zmechanizowanej przysłał im 80 żołnierzy. Z gorącą grochówką na czas prób i przygotowań do koncertu. Zgłosiła się firma, która nie mogła dołożyć się finansowo, ale gotowa była podarować swój komputer.

– To była idea, która porywała – mówi dr Anna Nowak. – Natychmiast została uznana za ważną i bardzo nas wszystkich skonsolidowała. Za swoją uznali ją sami stoczniowcy. Natychmiast stał się to „ich” koncert. Bardzo zaangażowali się w przygotowania, wsparli nas organizacyjnie, opiekowali się nami podczas prób i w trakcie samego koncertu. Byli przejęci tym, że tak wielki Mistrz przyjeżdża specjalnie do nich. Zdawali sobie sprawę z tego, że przyjeżdżając do stoczni Maestro okazuje im szacunek, że chce oddać hołd tym, którzy w grudniu 1970 roku stracili życie lub zdrowie. Bardzo to doceniali.

————————

– Nigdy wcześniej nie byłam w stoczni i kiedy po raz pierwszy zobaczyłam halę K-1 – wielką, zimną, nieprzyjazną, wypełnioną urządzeniami produkcyjnymi, blachami, narzędziami, halę w której było głośno, której się nie zamiata, nie czyści – przestraszyłam się.  Pomyślałam wówczas, że zorganizowanie koncertu w takim miejscu jest niemożliwe. – opowiada Teresa Superson, w 2005 r.  Kierowniczka Działu Technicznego Opery na Zamku.

– To była hala produkcyjna, w której cięto wielkie płaty blachy na mniejsze elementy, nie mogło tam nie być pyłu, brudu. Pamiętam ten brud, który w zestawieniu z salą koncertową Opery robił przygnębiające wrażenie – wspomina Dorota Krupska, w 2005 r. kierowniczka koordynacji pracy artystycznej Opery na Zamku – Bałam się, że to się może nie udać, że wyzwanie będzie zbyt wielkie. Ale po Warcisławie Kuncu, poprzednim dyrektorze, byliśmy przyzwyczajeni do zadań nietypowych. Kiedy pierwszy raz powiedział, że na cmentarzu zagramy koncert „Tym którzy nie powrócili z morza” byłam bardzo sceptyczna, ale udało się.

– Nigdy wcześniej nie organizowano w Szczecinie przedsięwzięcia o takiej  skali trudności. To było niewyobrażalne – mówi Dorota Kowalczyk, , która w 2005 roku pracowała w Operze na Zamku jako zastępca kierownika działu technicznego – kierownik produkcji – Zorganizowanie takiego koncertu dziś, w takim miejscu, z udziałem tylu ludzi, byłoby, również ze względów bezpieczeństwa, bardzo trudne. 

Po chwili dodaje: – To nie mogło się nie udać. To musiało się udać.

——————

Próby zaczęły się już w maju. Początkowo zespoły ćwiczyły osobno – orkiestra Opery próbowała swoje, Filharmonia swoje. Osobno śpiewały trzy chóry. Dopiero po pewnym czasie zaczęto składać to w jedną całość.

Początkowo chóry ćwiczyły trzy razy w tygodniu, później niemal codziennie. W soboty chórzyści pracowali nawet po sześć godzin. „Pot lał się  z nas, harówa była straszna – powiedział Ewie Podgajnej z „Gazety Wyborczej” Mieszysław Podsiadło z Chóru Akademickiego Politechniki Szczecińskiej.

——————–

Pierwszym nietypowym problemem okazały się szumy własne hali: odgłosy pracy generatorów, sprężarek, suwnic i innych urządzeń. Kolejnym – hałas dochodzący z innych wydziałów. Ten udało się wyeliminować podejmując decyzję o przerwaniu w pozostałych wydziałach stoczni pracy na czas trwania koncertu. Do wnętrza K-1 dochodziły również dźwięki wywoływane przez ruch na przebiegającej w pobliżu obiektu ulicy Pawła Stalmacha, władze miasta podjęły więc decyzję o wstrzymany na czas koncertu ruchu ulicznego. Zatrzymano również przejeżdżające tą ulicą tramwaje.

K-1 to wielka, potężna, zbudowana na solidnym ożebrowaniu budowla, ale to wielki „blaszak”, pokryty blachą falistą, przymocowaną do konstrukcji nitami raz mocniej, raz słabiej. Nie projektowano jej dla potrzeb działalności produkcyjnej, więc w codziennym procesie produkcyjnym nie miało to żadnego znaczenia, na co dzień było tam bardzo głośno i nikt nie zwracał na to uwagi, ale kiedy w K-1 po raz pierwszy zabrzmiała muzyka – najpierw na próbę, odtworzona z płyty CD, wzmocniona do odpowiedniego poziomu dźwięku by sprawdzić, jak będzie brzmiała w niej muzyka – hala rozdzwoniła się, rozbrzęczała. Okazało się, że to „grzechotka”, brzęcząca drgającą blachą dachu, szybami nie dość mocno osadzonymi w świetlikach.

Marek Sztark:

– Badania akustyczne hali wykazały, że nie ma załamań dźwięku, nie ma odbić, nie ma pogłosów. Te konstrukcje były tak „gęste”, że dźwięk rozchodzi się równomiernie. Problem stanowiły  wzbudzające się, drgające powierzchnie różnego rodzaju obudów i blach. Ustaliliśmy, gdzie takie drgania występują. Znaleźliśmy te punkty, znaleźliśmy te przestrzenie, te luzy i za pomocą drewnianych klinów, kołków, taśm, silikonu, pianki, plasteliny, kawałków styropianu ekipa w ciągu jednej nocy uszczelniła halę tak, że przestała drżeć.

Andrzej Oryl:

– Baliśmy się deszczu. Gdyby zaczęło padać dach hali mógłby stać się membraną akustyczną, generującą dodatkowe szumy. Gdyby deszcz był intensywny – byłby to łomot. Na szczęście deszcz nie spadł.

W filmie „K-1 – wygrać historię” jest scena z próby, podczas której stojący na brzegu podestu Krzysztof Penderecki mówi: „Akustyka jest bardzo dobra, selektywna. Wszystko słychać”.

————————–

Prace porządkowe rozpoczęły się w środę 7 grudnia. Z hali trzeba było wywieźć około 2,5 tysiąca ton stali – elementów konstrukcyjnych statków, precyzyjnie opisanych, uporządkowanych w taki sposób, by po zakończeniu koncertu przetransportować je ponownie w to samo miejsce i jak najszybciej wznowić produkcję. Rozpoczęto demontowanie narzędzi, urządzeń i wszystkich innych ruchomych elementów wyposażenia hali, które mogłyby zagrozić bezpieczeństwu widzów i wykonawców koncertu. Wyłączono suwnice, urządzenia do gazowego i plazmowego cięcia stali, odcięto dopływ gazów technologicznych. Wewnątrz stoczni wyznaczono drogi ewakuacyjne i parkingi dla organizatorów, ekip technicznych, służb porządkowych, pogotowia, straży pożarnej. Od bramy kolejowej wytyczono drogę, którą widzowie mieli dość do hali. Uporządkowano drogi dojazdowe, zainstalowano urządzenia, które miały dostarczyć odpowiednią ilość energii elektrycznej – tylko warszawska telewizja przywiozła do Szczecina dwa TIR-y sprzętu nagłaśniającego i oświetleniowego, w tym 17 kamer, wózki, kran. Sporządzono też spisy tego, co wniesiono Stoczni na potrzeby koncertu. „To po to, by przy sprzątaniu wiedzieć, do kogo należą np. kable i co można ze stoczni wynieść” – odnotował Andrzej Kraśnicki z „Gazety Wyborczej”.

W czwartek 8 grudnia rozpoczęto montaż sprzętu. Na teren stoczni zaczęły wjeżdżać TIR-y. O godz. 14.00 przekazano organizatorom trzy czwarte hali, rozpoczęto montaż sceny dla 300 artystów. Zbudowano ją w 16 godzin nad jednym z basenów urządzeń do plazmowego cięcia stali. Miała 25 metrów szerokości, 20 m głębokości i 9 m. wysokości, obito ją stalowo-czarną tkaniną.  Na scenie zmontowano sześciopoziomowe praktikable – podesty, na których mieli stanąć chórzyści. Zaczęto też montaż pierwszego sektora widowni. Tego dnia rozpoczęto ogrzewanie hali. Założono, że temperatura podczas koncertu nie powinna być niższa, niż 18 stopni Celsjusza.

– Jednym z największych problemów organizacyjnych okazało się zdobycie 5 tysięcy atestowanych krzesełek – wspomina Marek Sztark –  Ze względów bezpieczeństwa trzeba je było spiąć w rzędy. Na ustawienie 5 tysięcy krzeseł mieliśmy 18 godzin.

W piątek 9 grudnia o godz. 16.00, rozpoczęła się pierwsza próba. O godzinie 19.00 do muzyków dołączył Krzysztof Penderecki. – Nie mógł się tej próby doczekać – wspomina Andrzej Oryl – Był ciekaw, jak muzycy i chórzyści są przygotowani do wykonania Requiem. Podczas tej próby, jednej z dwóch, spotkali się po raz pierwszy. Był zadowolony z tego, co usłyszał.

Na noc instrumenty zostały zapakowane i zabezpieczone. Ponownie rozstawiono je w dniu koncertu, w sobotę 10 grudnia,  godzinie 10.00. W południe rozpoczęła się próba generalna.

O godzinie 18.00 do hali K-1 zaczęli wchodzić pierwsi widzowie.

———————————-

10 grudnia 2005 roku temperatura minimalna w Szczecinie wynosiła -2 °C. Temperatura maksymalna + 1,8 °C.

Marek Sztark:

Niektórzy muzycy byli bardzo sceptyczni. Twierdzili, że w tych warunkach nie da się zagrać, że specyfika delikatnych instrumentów, właściwości fizyczne materiałów, z których są wykonane sprawiają, że w temperaturze poniżej 18 stopni C nie da się zagwarantować akceptowalnego poziomu artystycznego wykonywanego dzieła. I jeśli będzie zimniej – nie zagrają.

Organizatorzy szczecińskiego koncertu zadbali o to, by temperatura wewnątrz hali nie spadła poniżej 18 stopni Celsjusza. Przed halą ustawiono wielkie agregaty, tłoczące do wnętrza ciepłe powietrze. System rur doprowadzono pod scenę, by zapewnić odpowiednią temperaturę muzykom, chórzystom i solistom.

Dwa tygodnie przed koncertem Sztark został poinformowany, że stocznia jest jednym z obiektów znajdujących się na liście zagrożonych atakiem terrorystycznym. Imprezę z udziałem dużej liczby widzów można było zorganizować pod warunkiem zapewnienia dodatkowej liczby wyjść awaryjnych z hali. „Strażacy zażądali, żeby wszystkie wrota w hali były podczas koncertu otwarte na oścież. One są otwierane i zamykane elektrycznie, więc istniała obawa, że w czasie – powiedzmy pożaru – instalacja przestanie działać i nikt nie będzie mógł ich otworzyć. Oczywiście w hali z otwartymi wrotami nie zapewnilibyśmy minimalnej choćby temperatury, której oczekiwali od nas muzycy, śpiewacy i publiczność. Po długich debatach musieliśmy w końcu sprowadzić sześć niezależnych agregatów z obsługą po to, by w razie awarii prądu te wrota można było szybko otworzyć.” – opowiadał wówczas Marek Sztark.

Podczas filmu, dokumentującego przygotowania do koncertu, zarejestrowano scenę, podczas której Krzysztof Penderecki, ubrany w cienki, brązowy sweter w szpic, na nim grubsze sweter rozpinany mówi: „Jest coraz zimniej. Ja myślałem, że będzie coraz cieplej”. Małgorzata Frymus, dziennikarka Polskiego Radia Szczecin pocieszała Elżbietę Penderecką: „Pięć tysięcy osób, może pięć i pół, przyniesie tu swoje emocje, na pewno rozgrzejemy atmosferę i będzie znacznie cieplej”.

Krótko przed rozpoczęciem koncertu realizator transmisji telewizyjnej i reżyser dźwięku wezwali Marka Sztarka do reżyserki i zażądali wyłącznie ogrzewania sceny. Okazało się, że urządzenia sterujące systemem grzewczym wywołują zakłócenia dźwięku. Coś się sprzęga. „Będzie za zimno, muzycy w takich warunkach nie będą mogli grać”, przekonywał Sztark. „Albo wyłączycie te urządzenia, albo nie będzie transmisji. Decyzja należy do pana” – usłyszał.

– To była najtrudniejsza decyzja, jaką musiałem podjąć podczas organizacji tego wydarzenia – mówi w 2021 roku. Poprosił służby stoczniowe o wyłączenie nawiewu. – Warunki zrobiły się ekstremalnie trudne, ale artyści wykonali ten koncert. Nie usłyszałem od muzyków ani jednego słowa skargi. Może dlatego, że na zapleczu było już cieplej: stały koksowniki, parasole grzewcze na gaz, wojsko częstowało ciepłym barszczem i bigosem.

 – Gdyby nie to, że koncertem miał dyrygować sam Krzysztof Penderecki, nasz chór i orkiestra mogłyby odmówić występu. W hali K-1 nie przekraczała 10 stopni – wspomina Dorota Kowalczyk, wówczas pracująca w Operze na Zamku.

– Czy odmówilibyśmy występu? Obawiam się, że tak – mówi skrzypaczka Małgorzata Kazimierczak – Taka niska temperatura bardzo utrudnia grę. By ogrzać palce zakładałam specjalne, ocieplane, grube rękawiczki, które zdjęłam dopiero przed samym graniem. Na sam występ ubrałam się w trzy bluzki, czarny golf i podwójne spodnie. Nie sposób poruszać się swobodnie w takim przebraniu – śmieje się.

Dorota Krupska zapamiętała, jak przed zejściem ze sceny na przerwę grający na tubie Tomasz Zienkowicz opatulił wielkim szalem swój instrument, by choć trochę uchronić go przed zimnem. – Dziesięć stopni to nie jest temperatura dla instrumentów. Są zbyt delikatne. Mogą nie zagrać tak, jak powinny, tak jak chciałby tego artysta. 

– Od Krzysztofa Pendereckiego nie usłyszałem ani jednego słowa skargi na warunki, w jakich odbywał się ten koncert – wspomina Andrzej Oryl.

—————-

Następnego poranka, w niedzielę o godzinie 6.00 rano, do K-1 ponownie mieli wejść stoczniowcy. Mieli doprowadzić halę do takiego stanu, by w niedzielne popołudnie, o godzinie 14.00, około szesnastu godzin po zakończeniu koncertu, do pracy mogła przystąpić druga stoczniowa zmiana. O tej samej godzinie miała być wznowiona praca w sąsiadujących halach prefabrykacji.

– Kiedy ostatni goście opuścili halę, było już po północy, ale demontaż sprzętu zaczęliśmy niemal natychmiast po zakończeniu koncertu  – wspomina Teresa Superson, w 2005 roku kierowniczka Działu Technicznego, Opera na Zamku – Wszystko poszło bardzo sprawnie. Opuściłam halę, kiedy stocznię opuściły ostatnie samochody z elementami sceny. Była godzina 4.00 rano. Hala K-1 wyglądała tak, jakby nic się tam nie wydarzyło. 

W niedzielę po południu do hali zaczęto zwozić stal. Przygotowano urządzenia. W poniedziałek o godz. 6. rano, niewiele ponad 30 godzin po zakończeniu występu, rozpoczęto cięcie kolejnych stalowych blach.

————–

– Zrobiłby Pan to jeszcze raz? – pytam Marka Sztarka w dniu Święta Zmarłych 2021 roku, szesnaście lat po koncercie, który przeszedł do historii, ale o którym pamięta dziś niewielu.

– Bez namysłu – odpowiada natychmiast – to było największe wydarzenie artystyczne, jakim kiedykolwiek zarządzałem. Jestem z tego dumny.

Rafał Jesswein

Fragmenty książki „Szczecińskie requiem Krzysztofa Pendereckiego (in memoriam)”, wydanej przez Willę Lentza, najmłodszą szczecińską instytucja kultury, w drugą rocznicę śmierci wybitnego polskiego kompozytora 29 marca 2022 r. – w dniu, w którym prochy wielkiego twórcy złożono w krakowskim Panteonie Narodowym.

Zdjęcia archiwalne: IPN Szczecin

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here