Pandemia: ucieczka z wielkich miast. Czy klasa średnia zmieni oblicze polskich wsi i miasteczek?

0
194

1

Doskonale pamiętam rozmowy o miastach. Chcieliśmy w nich mieszkać, pracować, bawić się, spędzać wolny czas. Szczególnie zapadły mi w pamięć spotkania z młodymi ludźmi. Gdy jeszcze dwa lata temu pytałem ich, gdzie chcieliby mieszkać, najczęściej padała odpowiedź: „W Londynie, Barcelonie, Amsterdamie”. W sumie nic dziwnego! Któż nie chciałby mieszkać w Barcelonie? Niemniej daje do myślenia, że gdy zaczynałem drążyć temat, okazywało się, że Barcelona równie dobrze mogłaby znajdować się w Wielkiej Brytanii, a nawet Polsce. Nie miało bowiem znaczenia, że to hiszpańskie miasto. Istotne było, że stolica Katalonii jest ekscytująca i przyjazna dla swoich mieszkańców. Przyciągały miasta, nie zaś państwa; jawiły się jako centra gospodarcze, społeczne i kulturalne. Ludzie chcą żyć w Paryżu czy Londynie, a nie we Francji albo w Wielkiej Brytanii.

Rację miał więc amerykański nieżyjący politolog Benjamin Barber. W wykładach dawanych na całym świecie powtarzał, że to miasta są naszym przeznaczeniem. Przez chwilę byliśmy świadkami miejskiej rewolucji: zmniejszała się rola kraju, a rosła rola miasta. Obserwowaliśmy też eksplozję emigracji ludzi do miast: socjologowie przewidywali, że w ciągu najbliższych czterdziestu lat liczba mieszkańców Ziemi wzrośnie z 6,5 miliarda do 9 miliardów, a największy przyrost ludności przypadnie na miasta – będą w nich żyły aż dwie trzecie ludzi (obecnie połowa).

2

Miejska rewolta nie ominęła Polski. Ruchy miejskie wykrzykiwały hasło „Mamy prawo do miasta”. My, obywatele. My mieszkańcy. Odsłoniły się dwie perspektywy rozwoju miejskiej rewolucji. Bo na miasto można spojrzeć z dwóch perspektyw – ptaka (z góry) i żaby (z dołu). Gdy przyglądamy się miastu z pierwszej perspektywy, widzimy najbardziej spektakularne budowle. Na przykład w Katowicach byłyby to Spodek, budynek NOSPR-u, Muzeum Śląskie, Międzynarodowe Centrum Kongresowe. Ta perspektywa zapiera dech w piersiach. Przywołane obiekty dominują nad miastem, budzą podziw i zachwyt. Miasto z lotu ptaka (albo z drona) wygląda monumentalnie. Myślimy: chcę tam pojechać, muszę te cuda architektury zobaczyć.

Czy jednak perspektywa ptaka oddaje prawdę o mieście? Od duńskiego urbanisty Jan Gehla nauczyliśmy się, że ono ma „być dla ludzi” i na „ludzką miarę”, i wciąż te zasady przywołujemy. By ocenić jakość życia w mieście, należy porzucić kuszącą perspektywę ptaka i przyjąć mało spektakularną – co tu kryć – perspektywę żaby. Trzeba spojrzeć na miasto, ba, wniknąć w nie z poziomu gruntu, bez zapierających dech w piersi widoków budynków. Ominie nas delektowanie się rozwiązaniami urbanistycznymi/architektonicznymi, których celem (szkoda, że czasami jedynym) jest wprawienie nas w zachwyt i podziw. Doświadczymy za to codzienności miasta – całodobowego pędu, otwartości na mieszkańców, użyteczności, która ma sprawiać, że nam, podmiotom urbanistyki i polityki władz miasta, żyje się po prostu dobrze i komfortowo.

Czegóż więc doświadczamy z perspektywy żaby? Już po kilku godzinach będziemy wiedzieli, czy „używane” przez nas miasto zostało skrojone na ludzką skalę. Po wyjściu z domu ocenimy, czy chodniki są równo położone. W drodze do pracy przekonamy się, czy transport publiczny jest przyjazny: tu w grę wchodzą nie tylko punktualność autobusu czy tramwaju, ale także usytuowanie przystanków, komfort przejazdu (ogrzewanie zimą, klimatyzacja latem). Na popołudniowym spacerze z dzieckiem chcemy mieć w pobliżu oprócz placu zabaw także tereny zielone. Potrzebujemy też pod ręką sklepu z podstawowymi produktami spożywczymi. Jeśli wieczorem zapragniemy spotkać innych, nawet obcych ludzi, by podyskutować o sprawach boskich i ziemskich, sprawdzimy, czy w pobliżu jest kawiarnia albo restauracja.

Dopiero bogatsi o takie doświadczenia możemy odpowiedzialnie zawyrokować, do jakiego miasta trafiliśmy: przyjaznego czy skrojonego pod „chwilowych oglądaczy”. Ci drudzy wpadają z wizytą, by zobaczyć jeden czy drugi budynek, po czym pakują się i wracają do domu. Zgoda, perspektywa żaby nie jest spektakularna. Jest za to użyteczna. Zastosujemy ją jako kryterium, gdy przyjdzie nam decydować, gdzie chcemy zamieszkać, założyć firmę, odpoczywać. Przyjmują ją codzienni użytkownicy miasta, a oni mają prawo nie tylko do miasta, ale do miasta przyjaznego. Powiem szczerze: nie ufam miastu, które chełpi się jedynie spektakularnym muzeum czy filharmonią. Nie problem wybudować jeden czy drugi taki obiekt za publiczne pieniądze. W Polsce działa wielu zdolnych architektów, a ich prace budzą powszechny, nie tylko lokalny zachwyt. Pokażcie mi jednak w naszym kraju miasto, które budowałoby swój wizerunek nie przez pryzmat „architektury spektaklu”, ale codziennej użyteczności. Czy nie chcielibyście, aby śląskie miasta były znane w Polsce i Europie z tego, że mamy najlepszy zintegrowany transport publiczny? Że figurują na czele rankingu miast z najlepszej jakości powietrzem?

Oczywiście mógłbym zadać jeszcze wiele retorycznych pytań. Nie o to chodzi. Teraz, gdy miasta zmagają się z pandemią, tym bardziej musimy przyjąć punkt widzenia żaby. To on sprawia, że w centrum ważnego i spektakularnego procesu są człowiek i jego egzystencjalne bezpieczeństwo.

3

Powiedz mi, jak twoje miasto dba o bezpieczeństwo i zdrowie mieszkańców, a powiem ci, czy chciałbym w nim zamieszkać. Czy polskie miasta już wiedzą, że o ich atrakcyjności zadecydują te dwa podstawowe kryteria? Czy nadejście pandemii koronawirusa zniweczy rosnący potencjał miast, a może przeciwnie: kryzys pokaże, że to właśnie miasta lepiej radzą sobie z niepewnością i ryzykiem?

By odpowiedzieć na te pytania, skupię się na mieście, w którym mieszkam i które znam najlepiej (także dlatego, że jestem radnym), czyli Katowicach. Oczywiście wychodząc od analizy lokalnej, postaram się przedstawić wnioski o bardziej ogólnym charakterze, jeśli bowiem jakaś miejska innowacja działa w Katowicach, sprawdzi się również w Hamburgu czy Nowym Jorku, i odwrotnie.

Zacznijmy od prostej prawdy związanej z pojawieniem się rok temu w naszych miastach koronawirusa. W obliczu zagrożenia zewnętrznego – nieistotne, czy są to powódź, huragan czy wirus – wzrasta poczucie lokalnych więzi i solidarności, niezbędne, by stworzyć miejską wspólnotę i kapitał zaufania mieszkańców zarówno do władz, jak i siebie nawzajem. W krytycznych sytuacjach rodzi się świadomość wspólnego losu. Do mieszkańców dociera, że miasto to ich większy – wspólny – dom. Muszą go bronić przed zagrożeniem, urządzić się w nim możliwie bezpiecznie i przestrzegać nowych reguł, niezbędnych, by zwalczyć zagrożenie.

W Katowicach ludzie pomagają sobie wzajemnie: było społeczne szycie maseczek dla seniorów, Związek Górnośląski zorganizował akcję „Jedzenie dla Medyka”, a fundacja Wolne Miejsce rozwozi obiady dla samotnych i potrzebujących albo osób na kwarantannie. Rolą miasta jest wzmocnienie nowej solidarności.

Władze miast musiały odpowiedzieć na naturalną w czasie kryzysu potrzebę bezpieczeństwa. Nie jest tajemnicą, że wielu Polaków z nieufnością patrzy, jak państwo wykorzystuje lęk przed wirusem, by przemycać przepisy i zakazy ograniczające naszą wolność, pozwalające podejmować władzy decyzje bez żadnych konsekwencji oraz inwigilować obywateli. Najbardziej kuriozalny przepis – zakaz wchodzenia do lasu – po kilkunastu dniach został uchylony. Takie posunięcia nie budują zaufania do państwa. Inaczej było w miastach: prezydenci największych miast codziennie składali raporty z podejmowanych działań. To sprawiło, że mieszkańcy poddawali się nowemu reżimowi organizacyjnemu (na przykład mniej ludzi było w pojazdach transportu publicznego) i sanitarnemu. W działaniach miasta (między innymi dezynfekowaniu ławek i przystanków) mieszkańcy dostrzegli troskę o ich bezpieczeństwo, a w działaniach państwa – próbę zamachu na swoją wolność. Dlatego nie zdziwię się, jeśli po doświadczeniu koronawirusa więcej osób doceni rolę samorządów.

W dodatku państwo reaguje wolniej niż miasto. Państwo potrzebuje decyzji politycznych, a przy głębokich antagonizmach trudno je podjąć. Na poziomie miasta ludzie mają poczucie, że to ich dom, szybciej znajdują więc kompromis. Kiedy w Sejmie trwały przepychanki w sprawie tarcz antykryzysowych, radni w Katowicach zgłaszali pomysł na 3xP: pakiet dla przedsiębiorców, pakiet dla organizacji pozarządowych, pakiet dla kultury. Chodziło o mechanizmy pomocowe dla miejskich podmiotów z różnych obszarów – od przedsiębiorców, poprzez aktywistów, do artystów – na czas blokady gospodarczej.

Gdy zaczął się kryzys, zachęcałem na swoich mediach społecznościowych do kupowania na wynos u lokalnych restauratorów. To samo robili mieszkańcy, by wesprzeć lokalne bistra, zamknięte w ramach lockdownu. Wkrótce miasto porządziło listę takich miejsc w Katowicach i przyłączyło się do ich promocji. Podglądając, jak samoorganizują się mieszkańcy, i podchwytując ich pomysły, miasto reaguje więc szybciej niż państwo. Te czynniki sprawiają, że dziś miasta lepiej dają sobie radę z niwelowaniem skutków koronawirusa. Należy jednak już teraz się zastanowić, jak będzie wyglądać sytuacja, kiedy wpływ wirusa na nasze życie osłabnie, lecz jego konsekwencje wciąż będą odczuwalne. Dlatego kluczowe pytanie, przed jakim stoimy, brzmi: jak planować miasta po COVID-19?

Jedno jest pewne: koronawirus to pierwszy z globalnych wstrząsów, ale nie ostatni. Wszystko wskazuje na to, że za chwilę będziemy musieli stawić czoła suszy. Dlatego miasta muszą być zarządzane tak, by przygotować je na rozmaitego rodzaju kryzysy. Na pierwszy plan w tym kontekście wysuwa się kwestia bezpieczeństwa – miasta nie mogą dłużej oszczędzać na służbach publicznych: od medycznych poczynając, na porządkowych kończąc. Bezpieczeństwo musi dziś stać się jednym z priorytetów miejskiej polityki.

Tuż za bezpieczeństwem plasują się czystość i higiena. Skoro miasto to nasz większy dom, musimy w nim, tak jak w domu, dbać o czystość. Koniec z zaśmieconymi ulicami. Koniec z nieregularnym odbiorem śmieci i ich zaleganiem na ulicach. Koniec z dzikimi wysypiskami. To zadanie nie tylko dla miejskich służb, ale także dla nas, mieszkańców. Często to my zaśmiecamy miejską przestrzeń. Potencjalni turyści i inwestorzy będą szeroki łukiem omijać miasto brudne i zaśmiecone; zaczną też z niego uciekać obecni mieszkańcy.

Równolegle z powyższymi zadaniami musimy zorganizować nową miejską przestrzeń. Będziemy potrzebowali jej więcej, by zachować odpowiedni dystans. Jak świat długi i szeroki centra miast już wydzielają przestrzenie dla pieszych i rowerzystów, kosztem parkingów i dróg dla aut. Do zabetonowanych miast musi wrócić zieleń. Paradoksalnie coś, o co już dawno apelowali miejscy aktywiści, dziś musimy wprowadzić ze względu na nasze bezpieczeństwo. Przestrzeń jest też potrzebna dla kawiarnianych ogródków, abyśmy mogli funkcjonować w nowym reżimie sanitarnym. Nowa polityka przestrzenna stworzy szansę na uspokojenie życia w centrum miasta, w zgodzie z ludzką naturą. Potrzebujemy więcej zieleni, więcej łąk kwiatowych, więcej drzew. Zamiast szukać terenów zielonych poza miastem, musimy je stworzyć w jego centrum – znów dla naszego bezpieczeństwa i zdrowia.

4

Choć wielkie miasta starają się zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa, ich przyszłość – po roku życia z koronawirusem – rysuje się w ciemnych barwach. Trwa ucieczka. Ludzie się boją. Pandemia sprawiła, że miasta przestały być dla ludzi – szczególnie z miasteczek i wsi – ziemią obiecaną. Kojarzą się z zagrożeniem. Chociaż dane tego nie potwierdzają, panuje przekonanie, że w mieście, metropolii, łatwiej się zarazić. Zresztą strach zawsze towarzyszył życiu w mieście, choć z całą mocą uświadomiła nam to dopiero pandemia COVID-19. „Miasto jest dwuznaczne” – pisze włoski filozof Marco Filoni. „Nie jest tylko miejscem harmonii, schronienia. Jest również miejscem strachu. I jakkolwiek staralibyśmy się formułować myśli mające nas pocieszyć, rozbroić strach, a więc odpędzić najdalej jak to możliwe, odnajdujemy go za każdym razem, nie przestaje nas dręczyć. Żywimy nadzieję, że zostawiamy go za bramą miasta, za drzwiami naszego domu. Następnie jednak odkrywamy, że znajdzie on jednak sposób, by przeniknąć do wnętrza”[1]. Dziś w mieście boimy się koronawirusa, karetek stojących przed szpitalami, braku wolnych łóżek, rekordowych ilości zgonów: w 1946 roku zmarło nas 242 tysiące; w 2019 roku – 409 tysięcy; a w 2020 roku – 485 tysięcy, najwięcej od zakończenia II wojny światowej[2]. Boimy się, że nie dostaniemy się do lekarza. Miasto w czasie pandemii nie jest bezpiecznym domem, ale pułapką.

Cóż więc robią mieszkańcy wielkich miast – ci sami, którzy jeszcze wczoraj pakowali swój dobytek, by ruszyć w drogę i zamieszkać w metropolii? Są w odwrocie. Trwa swoisty exodus. Trafnie opisał go Jakub Dymek i przytoczył kilka ciekawych danych: najwięcej obywateli straciły miasta Nowy Jork, Los Angeles i Chicago. W pierwszym lockdownie, wiosną 2020 roku, ponad 150 tysięcy osób wymeldowało się z nowojorskich kodów pocztowych, mieszkańców zyskały zaś małe i oddalone od wielkich centrów populacyjnych miejsca o przyjaźniejszym klimacie, w rodzaju Katy w stanie Teksas i Meridan w Idaho. Skoro wielkie firmy obiecują już swoim pracownikom pełnowymiarową telepracę, to oczywista jest pokusa, by nie przepłacać za mikroapartament w Dolinie Krzemowej czy na Brooklynie, lecz co miesiąc inkasować czek na dotychczasową kwotę w miejscu tańszym i bardziej przyjaznym.

Dymek przyjrzał się także migracji w Polsce. Odnotowujemy podobny trend: centra miast pustoszeją na rzecz pęczniejących ponad miarę obwarzanków. BIGdata „Gazety Wyborczej” wylicza, że „rekordzistą w przyroście ludności w latach 2010–2019 jest powiat wrocławski okalający stolicę Dolnego Śląska. W ciągu dekady przybyło tam aż ok. 27 proc. mieszkańców. Na kolejnych szczeblach rankingu są powiaty poznański (21 proc.) i gdański (20 proc.)”.

Pomimo kryzysu gospodarczego i niepewności w 2020 roku wydano w Polsce najwięcej pozwoleń na budowę domów rodzinnych od dekady, prawie udało się pobić rekord z 2008 roku. Znaczna część ze 100 tysięcy nowych domów powstanie poza miastami i coraz więcej na wsi. W górę poszły ceny działek i nieruchomości, spadły ceny najmu w miastach. Dodatkowo zaczął się u nas istny boom na mikrodomy, które można stawiać praktycznie bez zezwoleń: wystarczą działka, media i projekt[3]

Kierunek migracji z wielkich miast na wieś obserwujemy także w krajach Europy Zachodniej – we Włoszech, w Hiszpanii, Portugalii[4]. Dziś dla mieszczuchów, jak Europa długa i szeroka, wyjazd na wieś to nie tylko sposób na ucieczkę od zbyt szybkiego tempa życia, ale przede wszystkim poszukiwanie bezpiecznej przestrzeni. W dobie COVID-19 wieś jest synonimem bezpieczeństwa. Wolności od zarazy.

A co ze stylem życia oferowanym przez wielkie miasta? Co z dobrze płatną pracą dla klasy kreatywnej?

5

Po roku pandemii widać, że miejski styl życia, pracy i spędzania czasu wolnego, który przyciągał ludzi do wielkich metropolii, został zredefiniowany. To, co wydawało nam się niemożliwe, dziś jest chlebem powszednim. Tomasz Kulas zebrał sześć trendów składających się na „Normalność 2.0” – dodajmy, normalność pozamiejską [5].

Po pierwsze, wiemy już, że ofiarą lockdownu w dużej mierze padły miasta. Pozamykane sklepy, galerie handlowe, muzea, kina restauracje i knajpy wysysają z miast życie. Tętniące życiem centra metropolii zaczynają się kojarzyć z cmentarzami. Ludzie, co oczywiste, szukają sposobów na wydostanie się ze swoistej pułapki – nie tylko z zamknięcia, ale i depresyjnego otoczenia, którego symbolem są pozamykane centra rozrywki i kultury. Moi znajomi, szczególnie rodzice małych dzieci, podczas lockdownu uciekają za miasto: albo do swoich rodziców na wieś, albo do wiejskich domów. Cisza i natura oferują w dobie pandemii lepszą jakość życia.

Po drugie, w pandemii upowszechniła się praca zdalna. Liczy się już nie siedzenie w biurze, lecz dostępność na łączach. Wystarczy wysokoprzepustowy internet. Badania pokazują, że ponad połowa (54 procent) osób, które ze względu na COVID-19 zaczęły pracować zdalnie, deklaruje chęć wykonywania swoich obowiązków w ten sposób również po pandemii. Aż 75 procent badanych stwierdziło natomiast, że chcą pracować z domu przynajmniej częściowo. Korzyści płynące z pracy zdalnej to większa efektywność, lepsze skupienie, mniejszy stres, brak problemów z dojazdem. Pracodawcy natomiast liczą dziś każdy grosz. Zauważyli, że praca zdalna jest obciążona niższymi kosztami, zwłaszcza dzięki obniżeniu kosztów lokalowych. Nic nie wskazuje na to, byśmy mieli wrócić do pracy stacjonarnej w pełnym, przedpandemicznym wymiarze.

Po trzecie, nie potrzebujemy galerii handlowych, bo handel przeniósł się do sieci. W pierwszym tygodniu po ponownym otwarciu galerii handlowych (w maju 2020 roku) ruch klientów wynosił jedynie około 40 procent stanu sprzed pandemii. W czerwcu – według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych – ustabilizował się na poziomie około 77 procent, lecz większość sprzedawców postawiła w ostatnim czasie na rozwój sprzedaży w kanale cyfrowym. W efekcie część sieci (na przykład Empik, LPP) zdecydowała o ostatecznym zamknięciu niektórych sklepów.

Po czwarte, formalności prawne i finansowe załatwiamy online. Wizyty w urzędzie skarbowym, ZUS-ie, spotkania wspólników czy choćby zwykłe kontakty z biurem księgowym zdaniem wielu przedsiębiorców uzasadniały konieczność prowadzenia biznesu w wielkim mieście. Obecnie nie mają już dawnego znaczenia, choć nadal się zdarza, że załatwienie pewnych spraw przez internet lub telefon jest niemożliwe.

Po piąte, edukacja przenosi się do sieci. Dla klasy średniej to był główny argument: mieszkamy w wielkim mieście, by stworzyć dobre warunki rozwoju dla naszych dzieciaków, zapewnić im żłobek, później renomowane przedszkole, prestiżową szkołę. Uczniowie z terenu metropolii korzystają z „przywileju” łatwiejszego dojazdu komunikacją miejską. Znaczenie tego czynnika w ostatnich miesiącach zdecydowanie spadło. Nawet jeśli dzieci wrócą do przedszkoli, szkół podstawowych i średnich, nauczanie online (zwłaszcza w najlepszych placówkach) urosło do rangi realnej i powszechnie dostępnej alternatywy. Jeszcze mocniej to zjawisko dotyczyć będzie uczelni, więc nie trzeba już szukać mieszkania w dużym mieście ze względu na edukację dzieci.

Po szóste, rozrywka i integracja online. Ostatnie bastiony miejskiej rozrywki niezwiązane z internetem – teatry, kina, muzea i koncerty – stanęły w ostatnim czasie przed krytycznymi wyzwaniami; ale i one potrafiły przenieść swoje wydarzenia do sieci. W czasach powszechnego użytkowania Netflixa i YouTube’a nie da się obronić tezy, że dopiero dzięki pandemii ludzie „odkryli rozrywkę w internecie”. Zmieniło się jednak coś istotnego: wiele spotkań, zwłaszcza firmowych, o charakterze integracyjnym rzeczywiście przeniosło się do sieci. Coraz więcej podmiotów stawia na tę formę budowania więzi i współpracy między osobami z jednej organizacji, wzmacniania poczucia zaangażowania i identyfikacji. Również miejskie ośrodki wspólnej rozrywki i spotkań nie są już więc tak potrzebne jak przed pandemią.

6

Dotarliśmy do punktu, w którym trzeba zadać ostatnie pytanie: jakie konsekwencje dla życia społecznego i politycznego będzie miała ucieczka klasy średniej i nowych mieszczan z metropolii na wieś i do miasteczek? To może najciekawszy element miejskiej układanki, dotychczas niezauważony.

Miasta w pewnym sensie dokonywały drenażu talentów ze wsi i miasteczek, przyciągały najbardziej kreatywne jednostki. Kumulacja ludzi kreatywnych i przebojowych w metropoliach była więc duża. Pandemia zahamowała ten trend. Nie tylko klasa średnia zaczęła w poszukiwaniu bezpieczeństwa uciekać z miast na wieś; w rodzinnych miejscowościach zostali również studenci, gdyż nauczanie odbywa się zdalnie. Nie było sensu porzucać własnego domu, z „wiktem i opierunkiem”, i jechać, dajmy na to, do stolicy, by tam w wynajmowanej kawalerce uczestniczyć w zajęciach uniwersyteckich online.

Stawiam następującą tezę: w czasie, gdy młodzi ludzie, klasa kreatywna i klasa średnia przenieśli swoje życie do miasteczek i wsi, wybuchł Strajk Kobiet. Media rozpisywały o zasięgu protestu z jesieni 2020 roku. Zwracano uwagę, że do protestów dochodziło w małych miastach: Sochaczewie, Limanowej, Wadowicach[6], rzecz dotychczas niespotykana. Presja społeczna w małych miejscowościach i na wsiach raczej uniemożliwiała sprzeciwianie się władzy. Tam wszyscy się znają, a udział w manifestacji to akt polityczny. Dodatkowo, co jest tajemnicą poliszynela, dużą władzę symboliczną wciąż ma tam ksiądz. Uczestnicy antyrządowych protestów narażali się więc na wytykanie palcami czy bycie przywołanym do porządku w trakcie niedzielnej mszy. Mimo to Strajk Kobiet dotarł i na prowincję.

Choć nie przeprowadzono żadnych badań, wiadomo, że w dużym stopniu odwagą protestowania wykazali się ludzie młodzi, studenci, a także migrująca z metropolii na wieś klasa średnia. To pokazuje, że czasami tyranię przymusu siedzenia cicho może przełamać kilka osób, które zdecydują się publicznie okazać niezadowolenie. Kobiety z mniejszych miejscowości i wsi zobaczyły, że nie są same. Oto inne kobiety, a także mężczyźni, nie boją się protestować. Napływowi zmieniają świadomość w miejscach, w których zaczęli nowe życie albo choćby przez ostatnie miesiące z powrotem mieszkają.

Jaki z tego płynie wniosek? Pandemia może przyczynić się do zakwestionowania podziału na liberalne miasta i konserwatywne miasteczka/wsie. Jeśli klasa średnia w ramach szukania bezpieczeństwa i bliskości natury postanowi zamieszkać poza metropoliami, zmieni się struktura społeczna i ideologiczna prowincji. Może jednym z nieoczekiwanych efektów pandemii będzie nie tylko ucieczka klasy średniej z metropolii na wieś, ale także ideologiczne oddziaływanie przybyszy, które w niedalekiej przyszłości przełoży się na postawy wyborcze.

Jarosław Makowski – filozof, teolog, publicysta, samorządowiec, miejski aktywista, szef Instytutu Obywatelskiego.

[1] Marco Filoni, Anatomia oblężenia. Strach w mieście, przeł. Joanna Ugniewska, Warszawa 2020, s. 15.

[2] Danuta Pawłowska, To był czarny rok. Najwięcej zgonów w Polsce od II wojny światowej, BIQdata Wyborcza.pl, 4 stycznia 2021, https://biqdata.wyborcza.pl/biqdata/7,159116,26656014,zgony-w-2020-r.html (dostęp 22 marca 2021).

[3] Jakub Dymek, „Epidemie dały początek naszej cywilizacji i one ją skończą”. Miasta na celowniku, Spider’sWeb, 17 marca 2021, https://spidersweb.pl/plus/2021/03/miasta-pandemia-koniec-covid-upadek (dostęp 22 marca 2021).

[4] Pablo de Llano („El Pais”), Nowe zjawisko w Hiszpanii: wielki powrót na wieś, Wyborcza.pl, 13 lutego 2021, https://wyborcza.pl/7,75399,26779570,nowe-zjawisko-w-hiszpanii-wielki-powrot-na-wies-el-pais.html (dostęp 22 marca 2021).

[5] Tomasz Kulas, Wielkie miasta są chore na COVID-19, ICAN Institute, 1 sierpnia 2020, https://www.ican.pl/a/wielkie-miasta-sa-chore-na-covid-19/DS56ulqNT (dostęp 23 marca 2021).

[6] Nie tylko wielkie miasta. Strajk Kobiet i tłumy również w małych miejscowościach, Onet, 29 października 2020, https://wiadomosci.onet.pl/kraj/strajk-kobiet-nie-tylko-duze-miasta-protesty-w-malych-miejscowosciach-zdjecia/0cvbj7c (dostęp 23 marca 2021).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here