Ostatnia kawa czyli duch „Cafe Sorrento”

0
1037

Ktoś musiał wpaść na pomysł wskrzeszenia pamięci o  jednej z wielu kawiarni szczecińskich, a przede wszystkim pamięci o jej bywalcach? I dlaczego to zrobił? Nie była to przecież kawiarnia literacka, i nie tyle muzyczna co związana ze środowiskiem muzycznym Szczecina. Nieruchomość gdzie mieściło się „Cafe Sorrento”, na rogu Mickiewicza i Wojska Polskiego budziła w swoim czasie sporo emocji społecznych, jako że „paliła się” i przez dłuższy czas nie była remontowana przez prywatnego właściciela. Ale na czym polega wyjątkowość kawiarni, która nie działa od ponad 40 lat?

Na świecie i Polsce działają liczne kawiarnie, pizzerie, lodziarnie, restauracje, samochody i ekspresy do kawy o tej właśnie nazwie – „Sorrento”. Modę na tę nazwą zawdzięczamy znanemu turystycznemu portowi włoskiemu nad uroczą zatoką i słynnej włoskiej piosence wykonywanej w Polsce m.in. przez panią Annę German. Najbliższa placówka o nazwie „Sorrento” znajduje się w Stargardzie, a najdalsza w Chinatown w Nowym Yorku i Brunswick, w Australii.

Los szczecińskiej „Cafe Sorrento” podzieliło wiele, chyba nawet wszystkie państwowe „zakłady gastronomiczne”. Do tej pory przetrwała w Szczecinie tylko jedna kawiarnia – firma z tamtych czasów – „Filipinka” na Pogodnie. Tylko dlatego, że pozostaje cały czas w tych samych „rękach”. Ale teraz to „zaledwie” cukiernia. Nie ma nawet  „Kaprysu” ,”Jubilatki”, „Marzenia”, zniknął również „Duet”, a „Jagódka” wytrwale i paskudnie straszy przy placu Odrodzenia. W „Uśmiechu” sprzedają tanie obiady.

Nie ma emocji, ma ich w ludzkiej pamięci, bo nie ma zapewne na to czasu, i nostalgii. Bo nostalgia to potrzeba, pamięć i odrobina czasu. Może też odrobina odwagi. Ale też nie ma wystarczająco silnego pretekstu, żeby sięgnąć na pawlacz i obejrzeć stare zdjęcia, zaproszenia sylwestrowe i menu zabrane nie wiadomo po co.

Po sopockich koncertach „Dinozaury polskiego rocka”,  w których wzięły dział niegdysiejsze gwiazdy polskiego bigbitu, w Szczecinie, w mateczniku szczecińskich kapel czyli ZBM, a później Domu Kultury Budowlanych aktualnie „Imperium” i Sali „Klubowa” (tuż obok – aktualnie „Żabka”) odbyło się w Szczecinie kilka koncertów z udziałem artystów m.in. Henryka Fabiana, a w amfiteatrze także CzerwonoCzarnych, z udziałem młodszych  niż „legenda” artystów. Wracano też kilka razy do legendarnego szczecińskiego Festiwalu Młodych Talentów, który „odkrył” nie tylko swoje „Złote Dziesiątki”, ale również, i to jest chyba najciekawsze –  już w pierwszej edycji w 1962 roku – wg relacji Pana Jacka Nieżychowskiego – blisko 3000 młodych, utalentowanych ludzi w całej Polsce. Owo „odkrycie” nastąpiło nie bez przyczyny, a była nią  wielka artystyczna „prowokacja”, wielka ogólnopolska zachęta ze strony organizatorów szczecińskiego Festiwalu Młodych Talentów; nie było internetu, prowokacji dokonano „na piechotę” jeżdżąc z koncertami od miasta do miasta; do R’n’R podchodzono z wielkim dystansem, domy kultury jakkolwiek chętne do takich działań, dostawały często po łapach za propagowanie imperialistycznej ideologii. Nawet jazz był bardziej muzyką amerykańską, niż muzyką ciemiężonych na plantacjach amerykańskich Murzynów.

Festiwal pobudził również szczecińskie środowisko muzyczne i zespoły muzyki „mocnego uderzenia”, ‘bigbitowe” (o użyciu słowa imperialistycznego terminu  „rock’n’roll” nie mogło być mowy) zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Zapotrzebowanie na tańce i zabawę było duże i powstał rynek muzyczny, który dał zatrudnienie wielu młodym, zdolnym ludziom. Soboty i niedziele w klubach, fabrycznych domach kultury, w spółdzielniach mieszkaniowych, nawet salach szkolenia ideologicznego, były zapchane do granic możliwości.

Wspomnienia młodości bywalców „Cafe Sorrento” zaczynają się właśnie wtedy, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Szczecin nie bardzo interesuje się historią powojenną. To czasy za młode, a może nawet i wstydliwe. Szabrownicze, niepewne, nieciekawe zapewne dla pisarzy, z jednej strony przemytnicze, a z drugiej pełne agitacji, doniesień ze światowych frontów walki z imperializmem, sukcesów kołchoźników radzieckich i dzienników z pola walki z kułactwem i drobnomieszczaństwem, o panu Auguście Bęc-Walskim nie wspominając.

Kogo uwiedzie Zielone Miasto – nasza Zielona Wenecja Północy, i kto – który Autor i Bohater  – uwiodą miliony czytelników a może i widzów w całej Europie? Czy jest w mieście taka historia i takie emocje, które zaciekawią kolejne pokolenia? Ostatnie opowieści o Szczecinie, dwie książki Pani Ingi Iwasiów – „Bambino” i „Ku słońcu” są akurat zbyt trudne i mało sensacyjne, żeby zainteresowały czytelników – turystów sentymentalnych. Ale traktują przecież, również o Szczecinie. Są prawdziwe, gęste i szarorzeczywiste.

Tyrmand napisał „Złego” i dał obraz Warszawy tamtych lat z ruinami w tle,  także w „Dziennikach”. „Bambino” Ingi Iwasiów opowiada o szarości mlecznego baru. I zwyczajnych ludziach, nie ma tu egzotyki, rock rolla i są zwyczajne tragedie, nikt do  nikogo nie strzela – a tu patrzcie – Książęta Śródmieścia. Nie będzie legendy Baru „Bambino”, opowieść chłodnym  okiem, nie uwiedzie publiczności. Niektórzy czytelnicy może woleliby zapomnieć o potrawach z Baru „Bambino”. O czasach ciężkich, szarych i niesmacznych. Co innego wpaść od czasu do czasu na naleśniki, a co innego stołować się codziennie. Czy „leniwe” mogą się stać bohaterami szczecińskiej powieści? Tadeusz Klimowski w „Diablicach” próbował stworzyć legendę nocnego życia, ale nie starczyło mu czasu na kolejne odcinki. Szkoda, że akurat On, taki gawędziarz,  tak późno sobie o tamtych czasach przypomniał.

Nostalgia, sentyment nie mają w sobie cienia racjonalności, co nie znaczy, że są bezrozumne i niepotrzebna. Żal za młodością, dzieciństwem, latami lepszymi… Chyba o to chodzi najczęściej. Ale po co nam to tak naprawdę…

Z niepamięci ludzkiej „Cafe Sorrento”, a przede wszystkim jej bywalców  wydobył, przedstawił jak starych, nowych znajomych –  Zbigniew Wróblewski, fotografik, kronikarz-amator tamtych czasów.

Mieszają się te znaczenia – nostalgia i sentyment. Nostalgia – (gr. νóστος, powrót do domu, i ἄλγος, ból) – potocznie, doskwierająca tęsknota za ojczyzną (krajem ojczystym), a także, tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach. Sentymenty te to emocje, które pozwalają ludziom zachować relacje grupowe i w wielu przypadkach służą solidaryzowaniu społeczności. Sentyment to uczucie; przywiązanie, skłonność, miłość.

Turystyka sentymentalna – turystyka nostalgiczna – trudno rozstrzygnąć, który termin jest najwłaściwszy. Jak się przygotować na najazd turystów zainteresowanych „Cafe Sorrento”, Henrykiem Fabianem, Sorrenciarzami, plejadą szczecińskich zespołów; jakie gadżety przygotować.? Co ma się składać na szczeciński szlak turystyczny „Sorrento”…kogo uwieść tym pomysłem…

Ostatnia kawa.

Z pewnością ta wypita przy stoliku, „zabonowana i skasowana”,  kto ją wypił – pozostanie tajemnicą. Była to zazwyczaj (zazwyczaj) zwykła kawa parzona „po turecku”. W wersji polskiej „po turecku” znaczy tyle samo co „po bretońsku”.

Plujka. Gierkówka – wtedy gomółkówka. Z fusami mieszanymi z cukrem. Fusy były zjadane żeby „une” w kuchni nie parzyły po raz drugi. A może i trzeci. Kawa w Szczecinie owszem była, ale poznaniacy uważali, że za mało jest ekspresów do kawy w szczecińskich kawiarniach, a za dużo win i likierów.

Kto usiadł przy tej ostatniej – ostatniej? Kawie… Kierowniczka zakładu gastronomicznego, kierowca co zabierał „przedmioty nietrwałe”, komisja ze „Społem”. Koniec „Cafe Sorrento”. Meble wywiezione, lokal idzie do remontu, i będzie się nazywał inaczej.

Zza baru wygarnięte, leżą na podłodze figurki składane precyzyjnie z papierowych serwetek., jeszcze nie origami, kojarzące się teraz z „Blade Runnerem”.

Pozamiatane, jak to się mówi, ale nie do końca – jak się okazuje.

Jeszcze jedno wspomnienie o obyczajach kawiarnianych środka ubiegłego wieku. Była zabawa z pudełkiem zapałek, no i przebój – gra w „numerki” uprawiana przez waluciarzy.

Dzisiaj są tu biura. Pomieszczenia mają rzeczywiście specyficzny klimat, odsłonięta jest konstrukcja ryglowa, widać surowe belki sufitu. Wszak to zabytek architektoniczny z XIX wieku.

Niebiescy i Czerwoni

Przychodzili tu Niebiescy i Czerwoni na śniadanie. Tak o nich mówili, o zespołach – legendach – Niebiesko-Czarnych i Czewono-Czarnych, do których trafili laureaci Festiwalu Młodych Talentów. Ryszard Poznakowski na serwetkach notował pomysły muzyczne lub finansowe. Ale Mistrz nie potwierdza, że powstała tu jakaś znana melodia. Muzycy mieli próby w Szczecińskiej Estradzie, w budynku „z lusterkami” vis a vis,  a później siedzibie ZMS-u i innych szczecińskich związków młodzieżowych. Aktualnie ma tam siedzibę Fundacja Talent, Promocja, Postęp.  W Estradzie rządzili wtedy Jerzy Wąsowicz i Jerzy Marzec.

Tu było miejsce prób, rozliczeń, omawiania tras koncertowych. Pojawiali się zatem artyści, potrzebujący kawy, śniadań, i małej kropelki dla wspierającej Muzy. W latach 60-tych, za rządów pana Jacka Nieżychowskiego Estrada Szczecińska  była potęgą impresaryjna w Polsce.

Ostatnia kawę w kawiarni Sorrento wypito w roku 1967 albo 66. Później była tu herbaciarnia „Madras”, a jeszcze później – zakładowa przechodnia gastronomiczna „Społem”. „Sorrento” rozpoczęło działalność  w połowie lat 50 – tych. Opowiada się, że przychodzili tu nawet harcerze i myli butelki, które oddawali im prowadzący lokal, butelki były sprzedawane i wpływy ze sprzedaży zasilały fundusz harcerskich obozów letnich.

Zakład gastronomiczny „Sorrneto” prowadziło, przed wcieleniem do „Społem”, Szczecińskie Przedsiębiorstwo Gastronomiczne „Południe”. Jedną z prowadzących była pani Łokuciejewska, którą zapamiętał Henryk Pytlik, który wtedy jako 15-letnmi „sztyft” cukierniczy, dostarczał tu ciastka, I był z tego zajęcia i tego adresu bardzo dumny, to było wtedy rzeczywiście coś.

Gdyby nie Heniek…

Henryk Fabian to rocznik 1943. Miał wtedy 17 lat , kiedy w 1960 roku rodziła się legenda Sorrento, a właściwie Chłopców z Sorrento, Sorrenciarzy. Miał coś w sobie. Był liderem charyzmatycznym. Codziennie świeżą, koszula, „skórki” po całości, buty szyte ręcznie, które  kosztowały 420 złotych, od samego Śliwy, warszawskiego szewca,  który z rockendrollowego trendu mody korzystał. „Warszawa” do tych szytych ręcznie butów dokładała „degolówki”, czapki szyte na wzór francuskich kepi. Szczecin też chodził w degolówkach, ale nie Sorrento, oni zawsze z gołymi głowami. Bo się plerezy deformowały. Już nie buty na słoninie z przemytu czy z paczek, a właśnie „bitelsówy”, „liverpoolki” i elegancko krojone, dopasowane garniturki, czasem z kontrafałdą, cięte na dwa, z paskiem, czasem plecionym,  z obciąganymi materiałem guzikami. Bananowa młodzież nosiła kolorowe, błyszczące sztyblety 3/4. Ale Sorrenciarze to nie bananowa młodzież.

Więź uliczna

Najpierw była Pocztowa. Zaczęło się w 1958 – 59 roku, za pocztą przy  Pocztowej, przygarnął późniejszych Sorrenciarzy stolarz  – Pan Kałboński prowadził modelarnię dla młodzieży. Ilu ich było – 12 – 14, do kawiarni przychodziło nawet 16 – 20. Jarek, Janusz, Ryszard, Piotrek, Andrzej, Zbyszek, Jurek, Paweł, Janis, Bronek, Heniek, Na Pocztowej była klipa, palant, pikuty, gra w wojnę – proste rozrywki. Marynarze przywozili zachód w kolorowych magazynach, oryginalne dżinsy wyróżniały się na ulicy, było ich wtedy z pięć par w mieście. A jak były dobre, to i warto było dać za parę – dobrą rock’n’rollową płytę. Nawet za wytarte i sprane.

Każda szczecińska dzielnica miała swój lokal. Śródmieście chodziło do „Maskoty (Maskotte)” w pawilonach, gdzie sklepy kolonialne jak sprzed wojny, „Marago” było na Niebuszewie, („Mokka” – gdzie była „Mokka”?), „Venus” i „Różan(n)a” na Pogodnie, (Pogodno to banda „Rekiny”); a „Maleńka” w centrum, to siedziba ekipy z ulic Limanowskiego, 3 maja i Zawiszy Czarnego.

Kawę podawano w szklankach. W „Kaprysie” 4.20, piwko 3.50, ceny prawie jak dzisiaj. Nieszczęściem było piwo grodziskie, silnie pieniące się, z lekkim osadem na dnie. Myśleli początkowo, że to zepsuty trunek. Było pewną niespodzianką dla miłośników potrząsania butelką, w celu żeby była piana. Raczej alkohole lekkie, aczkolwiek wiadomo, że 50-tka wiśniówki kosztowała 5 zł. Był też taki dziki, niewyjściowy obyczaj, że na „świeżego” konsumenta wypuszczano małego Andrzejka, który żebrał w zasadzie dla Chłopców z Sorrento. Może nie o samo żebranie chodziło, ale o to żeby wypłoszyć „nowego”. I „placowe” było płacone; i było bardzo śmiesznie.

Ja mam „blaszkę”, ty masz „blaszkę”, choć zrobimy flaszkę. Blaszka czyli 10 zł, na Mazowszu jak pamiętam mówiło się „dziekanka”. „Blaszka” zresztą też.

Lokalizacja

Duch „Caffe Sorrento” nie powinien się zniechęcać i nie poprzestawać na tym zamieszaniu, które wywołał. W pobliżu, przez ulicę znajdowało się Polskie Radio, i Telewizja; tuż obok miał siedzibę Zarząd Miejski i Powiatowy ZMS. Aktyw młodzieżowy też był jednak żądny rocknrolla. Czekał tu niejednokrotnie na szkolenia, wyjazdy, obozy i inne czynności organizacyjne.

Kawiarnia znajdowała się na początku tej lepszej dzielnicy Szczecina, Pogodna. jak powiedział jeden z rozmówców – tu zaczynało się ładne, elitarne Pogodno.  Lata 60-te – ruiny, jakaś tymczasowość, plomby pojawiły się dopiero w 20 lat później. Śródmieście to nie było City. „Sorrento” było popularne też wcześniej, w latach 50-tych. Tu ze swoimi przyjaciółmi zachodził szczeciński wybitny malarz Tadeusz Eysymont co przybył z grupą artystów Sopotu. Mieszkał dokładnie naprzeciwko, w drewnianym domku, którego już nie ma.  Malarnia winko, a mały Jareczek – ciasteczka.

Eysymontowie wyprowadzili się na Niebuszewo, zamieszkali w kamienicy z  porządnym podwórkiem z księdzem Mazurem, wtedy jeszcze nie księdzem. Mieszkali tam robotnicy, były ich niepracujące żony pilnujące dzieci bawiących się na podwórku. Prawdziwy, przyjezdny proletariat. Faceci w podkoszulkach też pilnowali żeby na podwórku chuligaństwa nie było. I złodzieje z Niebuszewa o tym wiedzieli; również bracia F-scy, było ich siedmiu wszyscy z zajęczymi wargami. Mieli swój sznyt, swoją gadkę, mieli zasady, mieli swój kodeks honorowy. jak się bili, to z Pogodnem i ze Śródmieściem. Spodnie w kancik, glany w szpic, lakierki koniecznie, i właśnie tutaj nosili inteligenckie „degolówki”. Były w modzie różowe i czerwone skarpetki. „Cynków” nie nosili. Była jeszcze rodzina szczurkowatych O-skich w liczbie osób 9 i siódemka z rodziny U-skich. I kilka innych zespołów produkcyjnych w tym względzie. To była zwykła bida ze wsi, żerująca na mieście.

Wróćmy na West End.

„Sorrento” było na początku Pogodna, tej „lepszej” dzielnicy Szczecina, a jak powiedział jeden z rozmówców – tu zaczynało się ładne, elitarne Pogodno.

Kolejny akapit powinien się nazywać >>kawa, łańcuchy i śrubokręty<<. Ale nie tak prosto, wręcz – hola, hola – jakby powiedział klasyk przy „Ławie i Kawie”. Zbyt łatwe skojarzenie. Oni się dostosowali, ale nie zatracili. Bo mieli swoją muzykę, mieli swój zespół „Nieznani”. Łatwo zbudować mit janosika, albo bandyty. Geopolityka szczecińska decydowała o zachowaniach i karierach.

Kawiarnia „Maskotte” – pawilony „kolonialne” – rządził Stefanek, „Filipinka” – Samuraje, Rekiny – Tytus, Dawus, Romus, „Willowa”/Wieniawskiego, pan Damski lub pan Gniot – Czerwone Szaliki,  Ksywki brali z na przykład z filmu „Quo Vadis”. Pewnie pokazywali amerykańską adaptację powieści Henryka Sienkiewicza. Była też „Tenisowa” na kortach, i „Moulin Rogue”, późniejszy bar „Śląski”. Jaki despekt… I jeszcze „Cafe Club”, późniejszy „Balaton”, gdzie Sorrenciarze mieli nawet swój stolik; tam były „fify” od 17.00 do 19.00.. Była też „Barka” i górki piaskowe na Pogodnie, i „Bzowa” z dala od natrętnych oczu, lokal zatopiony w wielkich krzakach bzu i banda „Patyki”.

Wpierdol – najogólniej jak twierdzi rozmówca Wacio – dostawało się za rejonizację. Elegancik, zadbany w białym prochowcu, mógł łatwo obskoczyć, a krew źle się spierała z popeliny. I jaka poruta przy dziewczynie.

Pewnie chcieli się wyrwać z tej Pocztowej, z tej stolarni, poszukać swojego Placu Broni. Ale pewnie ktoś kiedyś  pokazał „szczawiom” miejsce w szyku. Ale się nie dali ustawić.

To były czasy liceum, wielu z nich chodziło tak jak Fabian do „dwójki”, elitarna „jedynka” pewnie nie była dla nich. Legendę stworzyli, są i byli legendą żywą  naszego miasta. I w końcu nie musieli się już bronić, bo wszyscy tak się ich bali. Ale i podziwiali. Można  sobie wyobrazić jak  idą Szczecińską Promenadą – Aleją Wojska Polskiego – w ortalionach, non-ironach, „skórkach” – swoich i pożyczonych, „liverpool’kach”, strzyżeni „w kancik”, jakiś lok fantazyjny też się trafiał, najpierw „rurki”, później „dzwony” – od „Sorrento” do Bramy Portowej i z powrotem   I to również ciągnęło „zwykłych” ludzi do „Sorrento”.

Powinnością  (wręcz )  młodzieży jest zachłystywanie się życiem. Mieli w sobie z pewnością takie spontaniczne poczucie wolności. Jednak po blisko 50 latach sami mówią, że czasem było to czyste zło. Brak hamulców, wybieganie przed szereg, przebijanie stawki, kuszenie losu. Bezkarność. Cud, że jeszcze żyją. Cały czas była ćwiczona gra w „cykora”. Musieli się  bronić, to prawda, ci co się nie bronili, wracali do domu z rozkwaszonym nosem, tym bardziej, im bardziej biały prochowiec nosili.

I „Sorrento” nie zawsze dobrze się kojarzyło, do tej kawiarni rodzice raczej „nie puszczali”.

Klientela czyli Właściciele

Pochodzili z lepszych rodzin, zdecydowana większość, mieli kieszonkowe, resztę dorabiali handelkiem. Dostarczali szmuglowane papierosy do kawiarni i restauracji, „gonili” ortaliony, jinsy,  koszule non-iron, żyletki i płyty od cynków, marynarzy i mewek. Fartowszczycy żyli też ze strychów i piwnic. Ojcowie byli dyrektorami, naczelnikami. Rodzice trafili do Szczecina również z pierwszą grupą prezydenta Zaremby. Zawsze mieli na tę kawę 4,20. I na wino „Lacrima”. różne Tokaje, Vermuthy. I na ulubiony przez wszystkich bywalców kawiarni rum „Baccardi”. To nic, że nie było coli ani limonek. Pili „na żywca”. A „wuzetki” były dla dziewczyn.

W „Sorrento” na pianinie grał swego czasu żywy muzyk. Ale go zniechęcili, i przegrał z szafą. Grającą, kolorową, niklowaną, z prawdziwym „Wurlitzer’em”. Ale muzyk przeżył, aczkolwiek zniechęcony; bez obaw.

Był tam Michael, co „zmrowił się” tutaj  jakoś i do kompanii przystał; był repatriantem z Francji. A żył sobie tak: 18 – 22 – „Sorrento”, później „Kaskada”, a w na końcu „Bajka”; z „Bajki” prosto do pracy. No przecież.  Przychodzili bracia Hera, kamieniarze. I to kilka pokoleń, Ci nie bali się nikogo, potężne to były chłopy. Wpadała tu czasem Szkoła Morska. „Sorrento” nie lubiło Szkoły Morskiej, ci chcieli być silniejsi od nich.

Sorrenciarze zapamiętali kelnerkę Gienię. W szatni rządził „Bielbłąd”, emeryt, pewnie szara eminencja lokalu powiedzmy eufemistycznie, jak wielu  na tej funkcji. Seplenił, nie potrafił wymówić prawidłowo słowa – wielbłąd. I go Sorrenciaki przechrzcili, i właśnie teraz przechodzi do historii. Skąd wziął się „wielbład” jako temat rozmowy z „Bielbładem” – zapewne chodziło o „Camele ” z przemytu. Albo i nie.

Było różnie czyli Bar „Stanisław”

W barze „Stanisław”, budzie przyklejonej do PDT-u szło się na kapustę zasmażaną ( 60 groszy) i do tego 4 kromki chleba za 20 groszy. Kupowało się kiełbasę „ichacha”, (nie „iczcza”); tak zapamiętała ówczesna  młodzież kiełbasę końską. Na „Tobruku” zaraz obok, szła gra w trzy karty, jak na każdym rynku, handlował też pan Majdaniec, krawiec, ojciec pani Heleny. Wtedy bar „Kaukaski” był na rogu Śląskiej i Wojska Polskiego, przy „Małym Zoo”. Na stojąco, jakiś kotlet rybny, jakiś mielony. Ale od święta wuzetki w cukierni WUZETKA, vis a vis „Junaka”. Były tam prawdziwe lody pistacjowe. Ludzie pamiętają smaki młodości. W „Domu Rzemiosła” to był inny szyk. Toczone krzesełka, obrusiki, kwiatki.

Wino, gitary i śpiew

W Nowym Orleanie otwarto Muzeum Jazzu, pokazywano w kinach „Burzę nad stepem”, Ertha Kitt urodziła córeczkę, ruszyła produkcja pieluszek jednorazowych w Częstochowie, urządzano loterie i losowano samochody,  Marino Marini zadawał szyku na estradzie w towarzystwie Petito, Vito i Bruno, a nawet zatańczył osobiście twista.  14 marca 1962, jak donosił „Kurier” miał miejsce „Zuchwały napad gangu młodocianych chuliganów na Niebuszewie”. Ale już nikt nie pisał  o Generale Andersie – per „Jego białokońska mość.”. Rozpoczęto rozbiórkę Filharmonii przy Małopolskiej i czekała wszystkich walka bokserska Sonnego „Gangstera” z samym Pattersonem.

Siedzieć przy literatce „malagi”, nudne. Grywał Stanisław  Piechaczek, twierdzą, że bardziej utalentowany od Czesława Niemena, też laureat Festiwalu Młodych Talentów i wielu lokalnych przeglądów. Stanisław przynosił nowe przeboje , śpiewał i grał. Gitara zawsze towarzyszyła tym kawiarnianym spotkaniom, i tym w  „Probierni Win” przy Krzywoustego również. Jeżeli Wino, gitary i śpiew to i kobiety. Latały za nimi, a jakże. Sympatie i urazy są do dziś.

Była i „trawka”, a jakże, pojawiła się w Szczecinie 1 maja w 1968 lub 69 roku.

Koloratki

Były cztery Koloratki. Cztery dziewczyny  – Wanda, Lucyna, Halinka i ta czwarta. Przychodziły oczywiście do „Sorrento”. Ubrane, zadbane, wymalowane, i zapamiętane, co najważniejsze.

Wszystko co dobre, szybko się kończy

Kierowniczka wyrzuciła wreszcie to całe hałaśliwe i niemożliwe towarzystwo. Lokale w mieście były „zajęte”. Chcieli schronić się w „Jaskółce”, ale to słabe miejsce dla rock’n’rolla; jedzenie bardzo dobre, dotrwało przecież do „nowych czasów”, ale miejsce na rozrywkę – słabe. Tylko obiady, jakaś oranżada, chociaż jak pamiętam blaszany bar w „Jaskółce” z miejscem na „pipę” dotrwał do lat 70-tych czy nawet 80-tych..Powrócili jednak do „Sorrento” po dwóch miesiącach. W „Sorrento” pojawiła się pierwsza w Szczecinie, i jedyna przez wiele lat szafa grająca „Wurlitzer’a” z płytami Bitelsów, Elwisa, Louisa, Fatsa Domino, Rity Pavone, Helen Shapiro. To był prawdziwy magnes dla wielbicieli młodej muzyki europejskiej i amerykańskiej. Trzeba było wrzucić 2 złote i „szafa grała”. Policzmy; przez cały dzień „do dziurki” mogło trafić nawet 200 złotych, przez miesiąc, kilka tysięcy. Zwykła pensja wtedy to 800 – 1500 złotych. Chyba interes się tak dobrze nie kręcił, to i kierowniczka musiała ścierpieć ich towarzystwo. Single wiadomo przypływały w marynarskich workach, „kapcie” czy „szuwarowce” kursowały regularnie między Szczecinem a Skandynawią. To co było na Top20, trafiało nazajutrz do „Sorrento”.

Ludzie pamiętają.

Najpierw, pod koniec XX wieku, były koncerty w „Budowlanych” czyli „Imperium”, nie w „Klubowej”, bo tam jest teraz sklep.

Później Sylwester Lechicki zrobił zdjęcie na schodach „Cafe Sorrento”, tym  Sorrenciarzom, którzy jeszcze zostali. Tak jak sobie obiecali, że się spotkają na tych schodach, ilu ich przeżyje, na których z kolei zrobił zdjęcie Zbigniew Wróblewski 40 lat wcześniej.

Festiwal Boogie Brain – STOWARZYSZENIE INICJATYW SPOŁECZNO-KULTURALNYCH „BOOGIE BRAIN” przywołuje pamięć tamtych dni realizując Projekt „Chłopcy z Sorrento” na Deptaki Bogusława . Wnukowie zachowują pamięć o tamtych ludziach.

Wpadnijcie na stronę www.chlopcyzsorrento.pl.

Bogdan Bogiel przypomina muzykę tamtych lat organizując koncerty czerwono-Czarnych p/t „O nas się nie martw”.

Tak ludzie, bywalcy kawiarni, zadbali o siebie i o Szczecin. O pamięć dla nich ważną i o miasto dla nich ważne. I warto przeczytać reportaż na portalu http://www.mmszczecin.pl/26631/2009/6/27/reportaz-chlopcy-z-sorrento-sorrenciaki?districtChanged=true.

Szczecińska legenda czyli „West End Story”

Wróćmy do nostalgii, a raczej jednak sentymentów. Czym może stać się dla Szczecina i jakim może być ważnym elementem oferty turystycznej cała ta naszkicowana zaledwie historia?

Może „polowa” wędrująca „Cafe Sorrento” powinna towarzyszyć wszystkim większym szczecińskim imprezom, fizycznie jako miejsce gdzie jest >Lacrima< i >Baccardi<, a także muzyka z tamtych lat, wykonywana przez nestorów i ludzi młodych. Henryk Fabian, Helena Majdaniec są warci aby stać się patronami nagród dla młodych, szczecińskich zespołów. Czy historia „Sorrento” i innych szczecińskich kawiarni to materiał na polskie „West Side Story” („West End Story”)?

Dzisiejsze czasy nie produkują miejskich legend, nie ma takich miejsc, nie ma walki o swoją pozycję, Nawet kluby nie mają takiej wiernej choć trudnej publiczności jaką byli Sorrenciarze. Nikt nie zadaje szyku na miejskiej promenadzie. Żeby teraz „przyszpanować” trzeba trochę więcej niż na buty od Śliwy.

Które szczecińskie legendy czekają na odkrycie; opowieść o szczecińskich Miss i Wicemiss „Polonia” i niekończąca się – na szczęście – opowieść o pięknych szczeciniankach? O 300 kilogramach srebra przemyconego w czarnym Audi? O aferze cukrowniczej? A Królowe Nocy, co o nich wiemy, odważne i cwane kobity, źródło transferu dewiz i niepokojów społecznych, jak skończyły i co wspominają, co chcą pamiętać…

Dlaczego?

Dlaczego Zbyszek Gonczaruk zaproponował mi naszkicowanie tej krótkiej opowieści? O co  chodziło tak naprawdę – nie wiem. Przecież to nie jego środowisko i raczej nieznane Mu bliżej. Co chce przeczytać, wysmagany po wielokroć bajkalskim wiatrem, z indyjskim kurzem w ustach, stukotem transsyberyjskiej kolei w uszach, wspominający hinduskie placki pieczone na kamieniach, podróż z tubylcami w rozklekotanym pociągu przez cały indyjski kontynent i pakistańskie afery z konserwami. Co ciekawego jest dla Gonczaruka-globtrotera w historii małej, szczecińskiej kawiarenki?

Co okaże się silniejsze w Szczecinie, „Solidarność” czy „Sorrento”, to zestawienie zdecydowanie na wyrost, rzecz oczywista. Ostatnie 20 lat to wspominanie politycznego  „przełomu”. Ale też bez opozycyjnych legend, publicystyczne, suche, martyrologiczne, bez anegdot, obowiązkowo poważne. Dla młodych nieciekawe i niezrozumiałe.

Polityka, która zdominowała nasze wyobrażenia o życiu codziennym, niby najciekawsza dla prasy i artystów, pomijana  tak naprawdę przez zwykłych zjadaczy, jest jednak dominująca. Ale ta niby najważniejsza polityka nie buduje miejskiej wspólnoty. Szczecińskie frustracje to wynik tej elitarnej, pozaludzkiej, wyłącznie partyjne polityki. Warto zrozumieć, że to miasto nie jest ani święte, ani stoczniowe, tylko takie jakie jest, z takimi korzeniami jakie ma. Ale ma swoją wesołość, swój dowcip i swoje grzechy codzienne i te historyczne. Ludzi z sercem i pamięcią, ciekawością i szacunkiem dla swoich korzeni.

Duch, czyli tak naprawdę – kto?

Kawiarnia wyzionęła Ducha lat temu blisko 50, ale ten miasta jak widać nie opuścił. Duch – co widać, słychać i czuć – krąży nad miastem, Muzy zbiera, ma już Trzynaście, i szuka tej Czternastej,  szczecińskiej, która komuś w głowie powinna wreszcie zawrócić.

Mieszkańcy Szczecina, chcieli zawsze mieć swoje miasto. Szczecinianie chcieli się zakorzenić ale nie jak dziwna roślina w doniczce Leona Zawodowca, tylko w swojej ziemi.

Starzy, przyjezdni, pewnie chcieli tylko przeżyć i jako tako wychować młodych, a młodzi ludzie z Pocztowej już mieli czas na swoje miasto. Na oswajanie tych murów i ruin. Byli i czuli, że są u siebie. Ulica – przecież że nie salony – mówiła o nich wtedy – Książęta Centrum Szczecina. Mówiła wtedy, a może mówi dopiero teraz. I jeszcze, że to tacy szczecińscy hippisi w non-iron’ach.

Gdyby jednak nie charakterny warszawiak (?) Henryk Sawicki, gdyby nie jego szczecińska legenda, pamięć, miłość, koleżeństwo, przyjaźnie, które przetrwały czasy sukcesów i porażek, które zatarły i zniwelowały różnice jakie były jednak między nimi, gdyby nie wreszcie Bitels – Zbyszek Włodarczyk, odkopane i pokazane w Galerii Bezdomnej w dawnym Barze „Ekstra” zdjęcia chłopaków z Sorrento wykonane 45 lat temu przez Pana Zbigniewa Wróblewskiego, kolejna historia o niepokornym Szczecinie poszłaby w zapomnienie.

Napiszę do Ciebie na pewno

Jak każda historia poważna ta zaczęła się również niepoważnie; jesień albo wczesna wiosna, może taka niewydarzona szczecińska zima – da się to ustalić … rok 1964. Kolega Heńka z „Pobożniaka”  Zbigniew Wróblewski organizuje sesję zdjęciową na ulicach miasta z udziałem Sorrenciaków. I leżą te zdjęcia cicho i spokojnie w mieszkaniu artysty przez pół wieku. Prawie

I teraz, dzisiaj, 15 lat temu, Heniek pisał i pisze do nas z dalekiej podróży

NIE PYTAJ WIĘC O NIC, ZBYT DOBRZE SIĘ ZNAMY,
WIESZ PRZECIEŻ, CO Z TOBĄ, CO ZE MNĄ.
O JEDNAM PAMIĘTAJ: Z NAJDALSZEJ PODRÓŻY
NAPISZĘ DO CIEBIE NA PEWNO.

Heniek już raz wrócił z dalekiej podróży, proch już wąchał, kiedy to syn ambasadora postrzelił go w brzuch. na rozprawę stawiła się cała bananowa młodzież z Warszawy. „Strzelec” był znany w tym towarzystwie. Gdzieś tam w tle tego epizodu – tego zamierzonego czy niezamierzonego postrzału na Mokotowie, przesuwa się smukła sylwetka kobieca, zazdrość, miłość i muzyka.

Każdy z nich opowiada swoją historię. Gdzieś po drodze, zapodziało się  pytanie, temat: „Kto wypił ostatnia kawę w Sorrento”?

Heniek właśnie, nie komisja inwentaryzacyjna „Społem”, sam ale pewniej z kolegami, wypił „symboliczną” ostatnią kawę w „Cafe Sorrento”. I wyjechał ze Szczecina; zostały tylko wspomnienia. Później już, kiedy Sorrenciarze mieli za sobą pierwsze śluby, dzieci, kiedy nie jeden  „odpękał armię”, po wizytach w domach poprawczych nie było po co tu później przychodzić. „Sorrenciarze” wtapiali się w tłum, skracali włosy. A nie było przecież Fabiana, Heńka, i nie było też Chłopców z Sorrento, bo nie było już niefrasobliwości. I muzyki.

Heniek wpadał, zatrzymywał się u rodziny, raz się spotkał, a raz nie. Dlaczego nie było większych spotkań – daleko nie miał, mieszkał w Koszalinie i dlaczego jednak do Szczecina nie wrócił, nie wypił kolejnej kawy z fusami, nie znalazł kolejnego miejsca dla siebie i swoich przyjaciół. A taki był dla nich ważny, tak ich „sklejał” i chronił. „Skórki” nie raz, nie dwa pożyczał. Oni dla niego też byli ważni. Kiedy się w domu nie układało, sypiał u nich, żył  jak domownik.

Był „czupuczny”, nie wszyscy go lubili. I dlatego kariery przez tę swoją zadziorność nie zrobił. Nie miał wtedy promotora, nie miał dobrych kontraktów. Zamieszkał w Koszalinie, grał w sezonie na wybrzeżu.

„Prawdziwe nazwisko Sawicki. Szczeciński piosenkarz, zdobył ogólnopolską popularność, śpiewając z zespołem Czerwono-Czarni (został jego liderem w 1967 r.). Początkowo wokalista szczecińskiego kwartetu Nieznani, którego pierwszy koncert odbył się na estradzie obok kina „Promień” w Szczecinie. Jego największym przebojami są piosenki: „Napiszę do ciebie z dalekiej podróży”, „Kiedy ciebie nie ma” i śpiewana z żoną – Katarzyną Sobczyk „Zakochani są sami na świecie”.

Kiedy odnoszono się do tamtych czasów, Szczecina lat 60-tych, to prawie wyłącznie do sukcesu Pana Jacka Nieżychowskiego i szczecińskiego Festiwalu Młodych Talentów 1962 -1963, który to przegląd wykreował późniejsze gwiazdy polskiej muzyki rozrywkowej. Ale jak się okazuje nie tylko. Z pewnością Pan Jacek ma „na sumieniu” i tę małą kawiarenkę, na szczecińskim West Endzie.

Te historie, to kawał wesołej historii miasta.

Co się z nimi stało? Lilus – z innej kawiarni – prowadził kilka knajp i klubów – słynną „Małą Scenę”, „Grotę”, klub „Trans”, próbował uruchomić restaurację na stateczku-koszarce koło mostu Cłowego. Kajtek ma własną firmę, Misiorny prowadzi restaurację w Kolonii; dali radę, chociaż różnie to było.

Niektórzy dalej grają, Wojtek i Bitels.

Czy to w święto, czy nie święto idzie w bój banda Sorrneto.

 

Wojciech Hawryszuk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here