O pokoju i wojnie

0
208
foto: Grzegorz Łanik

Bez względu na to, czy społeczeństwa pierwotne miałyby być pokojowego, czy wojowniczego usposobienia, wojny znormalniały. Towarzyszą nam na wszystkich kontynentach, teraz z Europą na czele.

W ich okiełznaniu nie pomogły ani układy westfalskie kończące wojnę trzydziestoletnią i otwierające niejako współczesny porządek światowy, ani konwencje haskie z przełomu XIX i XX wieku, ani wreszcie rozkwit praw człowieka w wieku XX. Wojny, mimo ich okropieństw, fascynują nas na pewno bardziej niż pokój. (…)

Realizm w polityce, mylony z cynizmem, jest starszy niż Machiavelli, by przypomnieć indyjskiego stratega i ministra z IV wieku p.n.e. Ćanakja Kautilję. Realizm nie wyklucza wojny, zakłada dążenie do równowagi mimo trudnych okoliczności i ofiar, których liczbę roztropny władca stara się ograniczyć. Cynizm jest wyborem drogi sprzecznej z powszechnie obowiązującymi postawami etycznymi, najczęściej drogą „na skróty”. U jej końca nie zobaczymy wyłaniającej się harmonii, o której narzuceniu marzą Kautilja, Machiavelli, a nawet Hobbes, lecz kanalię na trupach i gruzach. Nie władcę rodem z Arthaśastry czy Księcia, ale ogarniętego fobiami i kompleksami typa z Mein Kampf. Zdaje się, że – idący śladem Rogera Boesche – Henry Kissinger, zafrapowany powierzchownymi niekiedy podobieństwami, przeszedł zbyt lekko nad tą sprawą, szczególnie w kontekście  celu  działania. Przyjął zdroworozsądkowo (i poniekąd słusznie) istnienie różnych postaci i stopni cynizmu. Cynikami we współczesnym rozumieniu tego słowa byli Bismarck i Hitler, a przecież każdy rozumie, że dzieli ich przepaść, mimo pociągających czasami analogii w rzucanych przez nich przygodnie wypowiedziach. Bismarck, nie inaczej niż Richelieu, był cynikiem, zimnym jak lód ale racjonalnym, podczas gdy Hitler z realiami kompletnie się nie liczył, rządziły nim w zasadzie namiętności. Im dłużej trwała wojna, a jej przebieg na jotę nie przypominał tego, co zaplanował w swojej chorej wyobraźni, tym bardziej zdobywały one nad nim przewagę. Nic gorszego niż rozdrażniony autokrata, stwierdzał św. Tomasz z Akwinu. Wobec odejścia od prawa wszystko staje się niepewne, zależąc od „woli, żeby nie powiedzieć – zachcianki” despoty. Nasuwa się analogia z Putinem, któremu wprawdzie do Hitlera w jego ekstremalnej wersji jeszcze daleko, ale niewątpliwie wszedł na jego drogę. (…)

Krytykując Francisa Fukuyamę za jego wizję „końca historii”, co należy teraz do publicystycznego pacierza, mało kto pamięta, że badacz amerykański jako jeden z pierwszych wskazał na rosyjskie ryzyko dla światowego porządku. Rosja, pisał, może stać się pewnego rodzaju zawalidrogą w procesie demokratyzacji i liberalizacji świata, bo ma zupełnie wyjątkowe problemy z wyrwaniem gospodarki i polityki ze skomplikowanego społecznego i kulturalnego kontekstu.

Póki mocarstwa nuklearne w okresie „starej zimnej wojny” (1947-1989) umacniały się wyłącznie w swoich strefach wpływów, ryzyko wojny było ograniczone, poruszano się w koleinach ówczesnych reguł. Z chwilą, gdy w epoce narastającej „nowej zimnej wojny” od pierwszej dekady XXI w., mocarstwa zaczęły konkurować w rejonach „zajętych” i „zarezerwowanych”, ryzyko konfliktu nuklearnego wzrosło. Dziś jest na poziomie najwyższym od kryzysu kubańskiego w 1962 roku. (…)

Miejsce Rosji na rubieżach Europy mają szansę zająć Ukraina i Białoruś, tym razem nie w ramach zdominowanej przez Polaków Unii Lubelskiej, jak się wyraził Jan Paweł II, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów powołanej przez polską i litewską szlachtę na sejmie walnym w Lublinie w 1569 roku, ale jako równoprawne elementy Unii Europejskiej. Ich wspólnym mianownikiem, mimo odstępu czasowego i oczywistych różnic z tym związanych, jest „wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”. Im szybciej Ukraina i Białoruś znajdą się w strukturach Zachodu jako niezawisłe, stabilne państwa i społeczeństwa, tym bezpieczniej dla nas wszystkich, z Rosjanami włącznie. Rosja podważając najzupełniej niedopuszczalnymi współcześnie metodami ich suwerenność, destabilizowała Europę. Białoruś i Ukraina w strukturach Unii Europejskiej, z jej zasadą podzielonej suwerenności, będą zainteresowane współpracą, zarówno na płaszczyźnie gospodarczej, jak i kulturalnej. Ich przykład może również pomóc Rosjanom wydobyć się z ekonomicznej, społecznej i politycznej zapaści. Byłby to zarazem powrót, w nowej formie, republiki na miejsce rozgrabione ongiś przez państwa absolutystyczne. Dobry znak. Wiele zależy od spokojnej determinacji Zachodu, głównie (nie oszukujmy się!) Stanów Zjednoczonych, oraz polityki wschodniej Niemiec i Polski, wciąż nieprzyzwoicie rozkraczonych między Wschodem a Zachodem, nawet jeżeli z innych powodów: zwłaszcza ekonomicznych w pierwszym wypadku (co w sumie dziwne, bo Rosja nie jest krajem liczącym się gospodarczo) i przede wszystkim mentalnych w drugim (co tym dziwniejsze, bo Polacy wołają od XVI wieku, że nie pogodzi się ognia z wodą, a jednak polska narodowo-konserwatywna prawica przemawia językiem bliższym kulturowym tradycjom rosyjskim, dziś reprezentowanym przez Putina, niż wartościom zachodnim). (…)

Istnieje uzasadnione historycznie przekonanie, że kraje demokratyczne nie walczą ze sobą. Promocja ustrojów demokratycznych oznaczałaby zatem więcej pokoju w świecie. Tyle że nadzieje na powszechną demokratyzację, jakże silne zaraz po zakończeniu zimnej wojny w 1989/90 r., wyraźnie osłabły. Nie można też nie wziąć pod uwagę, że demokracje są różne. Na razie wiemy tyle, że „tłuste” i spełnione demokracje w istocie nie wchodzą między sobą w konflikty zbrojne, woląc rozstrzygać zatargi drogą najbardziej żmudnych negocjacji. Jednak w spięciach z biedniejszymi i z różnych powodów Innymi potrafią być bardziej bezwzględne niż ich rzekomo mniej cywilizowani przeciwnicy. Ponieważ dotyczy to w równej mierze demokracji ateńskiej, jak współczesnych demokracji, można przypuszczać, że stanowi to jedną z ich fundamentalnych cech.

Tłustych demokracji jest garstka, spełnionych jeszcze mniej. Ilustrują to najlepiej przeżywane na naszych oczach kłopoty jednej z najstarszych i na pewno najmocniejszej pod względem gospodarczym i militarnym współczesnej demokracji, na dodatek uchodzącej za efektywną w działaniu. A przecież stawiane przez tak wielu za wzór Stany Zjednoczone Ameryki korzystają z jeszcze jednego przywileju – nadanego im w XVIII w. przez ojców założycieli ustroju federacyjnego. W kręgach entuzjastów szybkiego politycznego zjednoczenia Unii Europejskiej jest on postrzegany jako cudowne panaceum na wszelkie dolegliwości. Problem w tym, że nie ma jednego lekarstwa na wszelkie choroby i niedomagania u wszystkich pacjentów. Europę i Stany Zjednoczone Ameryki dzielą wieki historii, która nas tworzy w stopniu o wiele większym niż wszystko inne, współcześnie większym nawet niż religie. Jeszcze lepiej widać to porównując Europę z Azją. Ustroje federacyjne mają niewątpliwie wiele przewag, głównie ze względu na cechującą je decentralizację władzy, co pozwala, by wskazać na Indie, pokonywać trudności i różnice nieomal nie do przezwyciężenia. Ich słabością są skomplikowane procesy decyzyjne, bynajmniej nie tylko w sytuacjach kryzysowych. Nie przypadkiem w dyskusjach politycznych w Stanach Zjednoczonych pojawia się w tym kontekście jako memento Rzeczpospolita Obojga Narodów, która upadła w końcu XVIII w. za sprawą nieumiejętności podjęcia niezbędnych reform wewnętrznych w odpowiedzi na procesy rozwojowe u sąsiadów. (…)

Egoizm bogatych państw demokratycznych przy jednoczesnej mowie pełnej uniwersalistycznych i quasi-religijnych frazesów (Dekameron zwie je trafnie eufemizmami dla oszukania Boga), ich gotowość do łamania cywilizacyjnych tabu w zderzeniu z Innymi oraz ich niechęć do szukania rozwiązań w tych dziedzinach, gdzie są one dość łatwe do osiągnięcia, jest w każdym razie zastanawiająca. Jeszcze gorzej, że mało kto we współczesnych bogatych demokracjach ma ochotę spojrzeć oczywistym faktom prosto w twarz. Myślenie życzeniowe stwarza z kolei rosnące niebezpieczeństwo dla życia politycznego, któremu w związku z tym grożą coraz gwałtowniejsze konfrontacje kulturalno-tożsamościowe na granicach wewnętrznych i zewnętrznych. Konfrontacje te mogą prowadzić ku rządom autorytarnym i totalitaryzmom. Zwycięstwo Zachodu w konflikcie Ukrainy z Rosją na pewno by go skonsolidowało, uświadamiając większości potrzebę bliskiej współpracy i zachowania demokratycznych reguł w polityce wewnętrznej i zewnętrznej.  

Prof. dr hab. Jan Maria Piskorski

Fragmenty tekstu prof. Jana Marii Piskorskiego, otwierającego listopadowy numer miesięcznika Odra.

Cały tekst w miesięczniku Odra do nabycia w salonikach prasowych i Empiku. www.okis.pl/miesiecznik-odra

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here