Migracje i transformacje

0
556

Życie w epokach wielkich przemian i przełomów[*]

We współczesnej Polsce, która wyprodukowała w ostatnich dwudziestu latach dwa miliony emigrantów i gdzie prawie siedemdziesiąt procent kobiet chce ruszyć zarobkowo na Zachód, nie łatwo zrozumieć średniowieczną pieśń osadników flamandzkich, którzy z dzisiejszej Belgii czy Holandii zmierzali na Wschód – na Pomorze, do Polski, do Europy Środkowo-Wschodniej – szukając dostatniego życia:

Na wschód chcemy jechać konno,

Na wschód chcemy iść razem,

Wszyscy na zielone pustki,

Żwawo na pustki,

Tam będzie lepszy byt.

W znanej nam Europie – w zasadzie dopiero od XIX wieku – prądy migracyjne, osadnicze i zarobkowe biegną odwrotnie, ze wschodu na zachód. Emigrujemy za pracą, emigrujemy za przyzwoitymi zarobkami, emigrujemy wreszcie w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Wschód kojarzy się z jego brakiem. Szczególnym cieniem położyła się tu pierwsza połowa dramatycznego XX wieku. Odtąd Europa, a zwłaszcza nasza część Europy, wciąż pachnie dla wielu krwią.

Dziś podczas kolejnej wojny w Europie widać to nadzwyczaj wyraźnie. Miliony Ukraińców uciekają na zachód, miliony innych – Finów, Estończyków, Łotyszy, Litwinów, Polaków i wcale nie na koniec Białorusinów – tracą poczucie dopiero co odzyskanej stabilizacji. Nie było to wprawdzie poczucie panowania nad własnym życiem, ale jednak głębokie przekonanie, że przynajmniej w Europie granice są trwałe, a już na pewno nie będzie chętnych do ich zmiany przy użyciu siły.

Po 24 lutego poprzedniego roku wiemy już, że te prognozy się nie spełniły. Ostrzegałem przed tym w Wiedniu w 2014 roku, lecz prawie nikt mi nie wierzył. Przekonywano, że pogranicze rosyjsko-ukraińskie jest tak wymieszane, iż nie będzie łatwo wywołać tam wojny. Mówiono zwyczajowe frazesy o świecie połączonym ekonomicznie tak mocno, że nikomu nie opłaca się w ogóle prowadzić wojen. Wraz z moim interlokutorem, prof. Philippem Therem z Uniwersytetu Wiedeńskiego, wskazywaliśmy, że podobnie zaklinano rzeczywistość u progu pierwszej i drugiej wojny światowej. Nie inaczej było przed wojnami domowymi w Jugosławii, które dla wygody przypisano bałkańskiemu charakterowi – zwroty typu „duch Bałkanów” czy „bałkański kocioł” pojawiły się na ustach nawet tych, którzy nie powinni ich używać, bo się w zasadzie z nimi nie zgadzali.

Najwięcej o nierealności wojny perswadowali ekonomiści, jakże często nierozumiejący prawdziwego świata, który im przysłaniają liczby, same w sobie niewiele przecież mówiące. Te same liczby w innych okolicznościach wyrażają zupełnie co innego. W starożytnym Izraelu biednych i bogatych dzieliło dużo mniej niż w sąsiednich krainach, a jednak właśnie tu – zauważyła Ewa Wipszycka – biedota i warstwy średnie nieprzerwanie się burzyły. Czasy helleńskie przyniosły wzrost protestów społecznych, ponieważ elita zaczęła żyć bardziej ostentacyjnie, zgodnie z modelem greckim. A dla konfliktów społecznych nie są ważne statystyki, dodawała badaczka starożytności, lecz przeświadczenie, że zmiany idą ku gorszemu, a życie warstw uboższych robi się cięższe.

W każdym razie po 24 lutego prysnęły nadzieje na bezpieczną przyszłość, którą sobie zbuduje sama Europa. Obserwujemy nie po raz pierwszy, że bez USA i Wielkiej Brytanii Europa byłaby bezzębna. Zarazem dostrzegamy nieomal wszyscy (lepiej późno niż wcale), że bezpieczni możemy się czuć tylko i wyłącznie w ramach Zachodu. Jego pełnoprawnym członkiem jesteśmy od kluczowego dla stawania się Europy X stulecia, w Polsce konkretnie od 966 roku, decyzji Mieszka I o przyjęciu chrztu z Rzymu. I wszystkie nasze współczesne wojny ideowe na tym polu są bez sensu, mimo że Zachód, a w zasadzie jego wolności i zobowiązania, wciąż tak wielu z nas uwierają.

* * *

Podręczniki do historii lubią się zajmować momentami przełomowymi w dziejach, kiedy wypadki ulegają przyspieszeniu, na naszych oczach dzieją się rzeczy wielkie. Zarazem czasy przełomów niosą najczęściej poczucie destabilizacji i zagrożenia. Kiedy w sierpniu 1914 roku stało się oczywiste, że wreszcie pobili się trzej zaborcy, których przez sto lat godziło niebezpieczeństwo odnowienia sprawy polskiej, Polacy poczuli powiew nadchodzącej wolności – zapisała Maria, rosyjska żona Jana Kasprowicza, ulubionego poety mego ojca. Polacy, zauważyła dalej, mają w pamięci słowa wieszcza o powszechnej wojnie ludów, która da im wolność.

Po czterech latach wojny Kasprowiczowa odnotowała we Lwowie szczęście jednych, uradowanych oglądaniem na własne oczy odrodzenia Polski, ale i troski innych (warto przy tym pamiętać, że zbierała w zasadzie jedynie doświadczenia polskie, przegranych Ukraińców nie zauważała). „Do diabła z tymi historycznymi czasami! Dajcie nam wszystko jedno jakie, byle nie historyczne życie!” – zapisała głosy z końca 1918 roku. Lwów był w tym czasie rozrywany przez walki polsko-ukraińskie i towarzyszące im pogromy na Żydach. Kilka miesięcy później zauważyła radość z powodu wejścia Błękitnej Armii gen. Hallera, w jej szeregach był też mój dziadek Stanisław, wcześniej żołnierz pruskiej jednostki rowerowej na froncie zachodnim, zwanej wtedy zmechanizowaną. „Pruska musztra i dyscyplina, a pod tym wszystkim polskie serce, oddany ojczyźnie żołnierz i obywatel. Zaczynała się budzić ufność w szczęśliwą przyszłość Polski”. I jednocześnie: ludziom brak już siły na entuzjazm. Historyczne czasy dają się wszystkim we znaki, szczególnie młodym, którzy młodości nie zaznali i nadal jej nie mają.

* * *

Zapytajmy z kolei, czy poczucie braku stabilizacji jest zjawiskiem typowym dla naszych czasów, jak z zasady sądzą współcześni, czy też procesy migracyjne i transformacje osadnicze, etniczne, ekonomiczne, często powiązane z wojnami, są radością i zarazem zmorą mniej czy bardziej typową dla całych dziejów człowieka. Czy innymi słowy dawne pokolenia, mimo powolniejszych przemian technicznych i technologicznych, ekonomicznych i tożsamościowych, również musiały się zmagać z utratą nadziei, zawodem, zderzeniem marzeń z rzeczywistością, poczuciem zbyt szybkich przemian?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zdefiniować wpierw „marzenia”, które mogą mieć wieloraki wymiar. Z pieśni średniowiecznej, którą otworzyliśmy nasze spotkanie, wynika jednoznacznie, że koloniści niderlandzcy sprzed kilkuset lat mieli nadzieję na to, że znajdą na wschodzie rozległe niezagospodarowane obszary pod uprawę, zamieszkają w wysokich – dużych i pięknych – domostwach, będą popijać wino czarkami i do woli opijać się piwem. Będą słuchać słowików w ogrodach. Będą używać życia z ukochaną partnerką czy partnerem po kres swoich dni, jak mówi popularna holenderska pieśń, biorąca początek z biblijnej księgi Koheleta. Słowem, zaświeci im słońce i nastanie dla nich nowy czas.

Marzyli więc oni w zasadzie o tym, na co mają nadzieję ankietowane przed paroma laty Polki: o w miarę dostatnim życiu. Tyle że średniowieczni koloniści marzyli o samodzielności, podczas gdy współczesne Polki marzą raczej o dorobieniu do skromnego budżetu domowego. Polska bowiem, jak mówią, umrzeć nam nie da, ale żyć w miarę normalnie też nie. Pod tą opinią podpisze się zresztą ogromna większość Polek i Polaków pomiędzy, powiedzmy, 15 a 50 rokiem życia. Kolejna fundamentalna różnica polega na tym, że średniowieczni osadnicy niderlandzcy nie rozważali powrotu, natomiast współczesne Polki chcą wrócić po dorobieniu się. Tylko kobiety młodsze, w wieku od 25 do 34 lat, myślą o emigracji stałej. Podobnie kalkulują dziewczęta w wieku szkolnym i studenckim, widzące niewspółmierny do efektów, jak mniemają, trud swoich matek czy też – szerzej – rodziców.

Czy to nie klucz do małej dzietności w Polsce, którą dzielimy wprawdzie, co też trzeba mieć na uwadze, z większością krajów katolickich Europy z wyjątkiem Francji? Czy to nie klucz do rozsądnego programu wyborczego i prawdziwego „nowego ładu” dla Polski? Pozostawię te kwestie bez odpowiedzi i wrócę do zasadniczych dla nas tutaj pytań o stosunek marzeń do rzeczywistości oraz poczucie stabilizacji lub jej braku.

Rzeczywistość była i zawsze pozostanie bardziej skomplikowana niż nadzieje. Niemieckie przysłowie z XII wieku, odnoszące się do pogranicza ze Słowianami Połabskimi, mówiło, że wbrew oczekiwaniom kolonistów pierwsze pokolenie czekała na nowych ziemiach śmierć, drugie – ciężki znój, a dopiero trzecie – chleb. Podobne rozczarowanie spotykało nowych osadników w Kalifornii w połowie XIX wieku. Niespełnione nadzieje na znalezienie złota, co było udziałem stosunkowo niewielu, doprowadziły do ukucia wśród imigrantów powiedzenia o Kalifornii jako „ziemi opuszczonej przez Boga”, mimo że o jej bogactwach krążyły legendy w całym świecie.

Nie sposób ponadto nie zauważyć, że obydwa te powiedzenia, mimo że dzieli je prawie tysiąc lat, odnoszą się do nowych osadników, do migrantów, nad których losem załamują ręce. Pozostają jednak drudzy: podbijani i skolonizowani. Indianie w Kalifornii zostali niemal doszczętnie wytępieni, co nie bardzo nawet zauważono. Ciężki nierzadko los spotykał wcześniej w Europie Słowian na pograniczu z Niemcami, Irlandczyków po podboju angielskim, Ukraińców (zwanych jeszcze wtedy Rusinami) na styku z Polakami, wreszcie muzułmanów na Półwyspie Iberyjskim i żydów nieomal na całym kontynencie, szczególnie jednak w jego zachodniej i południowej części. Przykłady można mnożyć.

Świat w okresie wielkich przemian jest zawsze zarazem ciekawy – pełen marzeń, jak niebezpieczny – przepełniony zawodem, nędzą, przemocą. Kiedy więc mówimy, że migracje, kolonizacje czy transformacje były lub są udane, zawsze pytajmy dodatkowo: dla kogo? Nie pomijajmy też sprawy kosztów: ekonomicznych i społecznych, indywidualnych i zbiorowych. Rachunek może wypaść kompletnie inaczej z każdej ze stron. O bilans ogólny będzie niezmiernie trudno jak pokazuję w jednym z najważniejszych artykułów w książce, która stała się punktem wyjścia dla naszej debaty (Średniowieczna kolonizacja wschodnia w historiografii polskiej. Materiały do dyskusji o modernizacji i transformacji w dawnym i współczesnym świecie, s. 309-424).

I sprawa druga. Nam współczesnym wydaje się, że świat w związku z rozwojem techniki i technologii gwałtownie przyspieszył, że nie nadążamy. Prawdą jest, że uginamy się pod ciężarem reformy za reformą, zwłaszcza że biurokracja, od najwyższego do najniższego stopnia (uzyskawszy nowe narzędzia w postaci komputera i internetu), chce wszystkim zarządzać, traktuje nas jak automaty, które do wszystkiego się przystosują. Mamy więc poczucie bezgranicznego chaosu, mimo że zmiany są nierzadko tylko pozorowane. Jest to prawdziwa zmora naszych czasów. I na razie nie znajdujemy na nią lekarstwa, w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które przeszły drogę od komunizmu do kapitalizmu, zupełnie szczególnie. Reformy dla samych reform, kontrola dla kontroli. O celach nadrzędnych w postaci lepszego i sprawiedliwszego świata zdaje się, że mało kto pamięta. Liczą się tylko cele doraźne. Czasami ma się wrażenie, że mnogość celów doraźnych i pozorowanych służy jedynie ukryciu braku celu zasadniczego.

Jednak nie zapominajmy, że były już pokolenia, którym się wydawało, że świat się rozlatuje. Źródła pomorskie z XII i XIII wieku, okresu podbojów Bolesława Krzywoustego i potem kolonizacji niemieckiej, mówią o tym niewiele, bo nie zapisywano pamięci przegranych, ale całkiem wyraźnie. Podobnie źródła ruskie i mazowieckie z ziemi bełskiej z XIV i XV wieku, sugerujące dramatyczną wymianę ludności na pograniczu rusko-polskim. Czy to nie ona dała początek trudnym sprawom polsko-ukraińskim na Wołyniu?

Przykłady z Europy i świata można by mnożyć, wiele znajduje się na łamach książki, która dała pretekst do naszego spotkania, nie przypadkiem pod tytułem Gorzka sól historii. Może najbardziej wymowny jest ten z początku XVI wieku, kiedy Erazm z Rotterdamu, książę uczonych, odnotował, że co dnia docierają do niego informacje o nowych odkryciach. Po czym dodał, że nie nadąża i uciekł w starożytność. Zdawało mu się, że w tej dawno zamkniętej, wspaniałej epoce panował spokój. Lecz co innego pisał na ten temat św. Augustyn, który żył na przełomie wieków starożytnych i średnich i miał poczucie stałego braku czasu i jego przyspieszania.

Zjawisko przyspieszania czasu jest na pewno związane z epokami przełomów, ale nie mniej z wiekiem i zajęciem autora. Ludziom zajętym czasu zawsze brakowało. Wraz z dojrzewaniem i wchodzeniem w czas starości zmieniały się jednak ich role społeczne, zmieniały zadania. Dzisiaj wymaga się od wszystkich po równo, niezależnie od wieku, kondycji (indywidualnych możliwości i umiejętności), zdrowia i środowiska, w jakim żyją. Świat neoliberalny prowadził nas ku nieprzerwanej pracy, urozmaicanej rozrywkami, raczej ogłupiającymi niż rozbudzającymi ciekawość. Szczęśliwie zaczynamy powoli dostrzegać, przynajmniej niektórzy, potrzebę zmian, o czym świadczy choćby powrót do średniowiecznego zwyczaju pracy w zasadzie czterodniowej. Starczy poczytać Dekameron, by zobaczyć, ile nam zabrano między wiekami średnimi a stuleciem XXI. Właściwie cały czas na refleksję, lekturę, spotkania, rozmowy. A przecież mieszkańcy Florencji czasów Boccaccia byli ludźmi ogromnego sukcesu, biorącego się z pracy, refleksji i rozrywki, tyle że inaczej rozumianej, a już na pewno bardziej zróżnicowanej.

* * *

Cywilizacje nie są przystanią lecz podróżą, konstatował pięknie Arnold Toynbee. Zmieniają się czasy i my musimy zmieniać się wraz z nimi. Na zjeździe krajowym w Uznamie w 1128 roku książę pomorski Warcisław I nakłaniał możnych do przyjęcia chrześcijaństwa. Perswadował, że trzeba iść z duchem czasu, dostosowywać kraj do otoczenia i go modernizować, jeśli się nie chce mieć wokół samych wrogów i paść od ich prześladowań.

W świetle doświadczeń historycznych przesłanie to nad wyraz trafne. Dziś nazwalibyśmy władcę pomorskiego politykiem realistycznym. Chcemy czy nie, stosunki międzynarodowe nie lubią wyjątkowości, a spóźniającym się do wspólnego stołu pozostają najczęściej kości. Lepiej w każdym razie przyłączyć się do wspólnego dzieła nawet bez pełnego przekonania niż pozostawać zbyt długo na uboczu. Innej drogi, w postaci odcięcia się od przemian ekonomicznych, społecznych i ideowych dokonujących się w świecie praktycznie nie ma, gdyż oznacza ona samobójstwo.

Europa Środkowo-Wschodnia, a wraz z nią Polska w XII–XIV wieku, przechodziła potężną transformację, daleko głębszą, jak się wydaje, niż nasza po 1989 roku. Wiązała się ona bowiem z dokończeniem chrystianizacji, która dopiero teraz objęła wieś, z zasadniczymi przemianami społecznymi, ekonomicznymi i prawnymi, a także z napływem dość licznych, jak na ówczesne stosunki, obcych kolonistów, najczęściej niemieckich, ale też holenderskich, flamandzkich, walońskich.

Naród, „który przechodzi podobne przesilenie ekonomiczne – stwierdzał Karol Potkański, wybitny i niezwykle przenikliwy uczony polski z przełomu XIX i XX wieku – musi sobie sam radzić i sam wytworzyć nowe formy ekonomicznego i społecznego bytu. Takie odcięcie wszakże jest rzeczą wyjątkową – zwykle też dzieje się inaczej: zaciąga on niejako pożyczkę, ulega wpływom narodów sąsiednich, znajdujących się na wyższych szczeblach ekonomicznego rozwoju, przyswaja sobie te formy i stosownie do swoich potrzeb zmienia je i przerabia. Od tego przerobienia i przyswojenia zależy nieraz jego dalszy byt i jego rozwój. Jeśli bowiem nie jest w stanie przyswoić sobie tych form wyższych, grozi mu zwykle niebezpieczeństwo pochłonięcia przez naród bardziej rozwinięty…”.

Wielka fala modernizacji, jaka uderzyła Polskę w XIII wieku, mogła ją zmieść, przekonywał polihistor krakowski, ale okazała się dobroczynna z punktu widzenia rozwoju społecznego i ekonomicznego, a nawet z punktu widzenia całej przyszłości Polski, która zwłaszcza w okresie panowania Kazimierza Wielkiego, króla chłopów według Jana Długosza, dokonała prawdziwego przełomu unowocześniającego. Kolonizacja przyniosła bowiem nie tylko ludzi, ale i nowe, lepsze urządzenia i stosunki prawne, społeczne, ekonomiczne. Wiele z nich obowiązuje w zasadzie do dziś.

* * *

Chorobami naszej cywilizacji są nie tylko smog i hałas, z którymi walczymy w Europie dość skutecznie od lat kilkudziesięciu, w Polsce mniej czy bardziej efektywnie od kilku. Chorobą najgorszą, kto wie, czy nie śmiertelną, jest brak czasu na refleksję i może jeszcze bardziej: zabicie potrzeby refleksji. Wiadomo, że brak reform prowadzi do zguby, a przynajmniej stagnacji. Wiedzie do nich jednak również modernizacja zbyt forsowna i niekorygowana w czasie. Co więcej, uczeni są od dawna zgodni co do tego, że reformy wprowadzane w sposób nie do końca przemyślany pod kątem kosztów społecznych prowadzą z czasem do autokratyzmu. Na peryferiach cywilizacji jest on zjawiskiem częstszym niż w jej centrach. Tak było w przeszłości, tak jest i dzisiaj, co możemy obserwować naocznie.

Kiedy niezadowoleni, najczęściej z klasy ludowej i dolnych partii warstwy średniej, przeważają nad zadowolonymi, którzy rekrutują się właściwie jedynie z warstw wyższych, narasta bunt. Rozgoryczenie jest jeszcze silniejsze, gdy dochodzi do dezorganizacji społeczeństwa poprzez wykluczenie całych grup społecznych i regionów, jak na przykład mieszkańców wsi popegeerowskich głównie na nowych Ziemiach Zachodnich i Północnych. Innym przykładem może być Walia i Szkocja, gdzie Margaret Thatcher zamknęła z dnia na dzień wielkie zakłady pracy, wśród nich kopalnie, powodując nie tylko niezadowolenie społeczne, ale także, z pewnym opóźnieniem, renesans narodowy Szkotów i Walijczyków, dotkniętych przez angielski Londyn. W tym wypadku forsowne reformy stały się zaczynem do rozpadu narodu brytyjskiego, a z czasem może też Wielkiej Brytanii.

Niezadowolony „proletariat” wewnętrzny, który w rozumieniu mistrza analogii historycznej Arnolda Toynbee’ego obejmuje także szeroko pojętą inteligencję, prze w takich sytuacjach do zmiany. Jeśli znajdą się wielcy reformatorzy (niezmiernie rzadcy wśród technokratów, a już zwłaszcza w zachodnim systemie edukacji nazbyt specjalistycznej), potrafiący rzucić i upowszechnić ideę bardziej postępową, niezadowolenie rozsadza niesprawiedliwości starych systemów. Jeśli jednak ich zabraknie lub jeśli zmiany korygujące reformy nie są wprowadzane na bieżąco, wtedy na czele niezadowolonych staje autokrata. Zbiera tłumy, daje mu odpowiednie symbole i program, czyli nadzieję. Wiadomo, że potem ten program rzadko jest realizowany, najczęściej zresztą nie z samej tylko złej woli, lecz ze względu na nieporadność i chciwość nowej grupy rządzącej wokół autokraty.

Możnowładcy „nie zbliżają się do nikogo bezinteresownie” – ostrzegali starożytni nauczyciele żydowscy, podkreślając, że „władza grzebie tych, którzy ją obejmują”. Już zresztą zdroworozsądkowy Arystoteles spostrzegł, że najgorszym wrogiem stabilizacji w państwie nie są ubodzy, lecz chciwość rządzących i bogatych. Nawet jeśli pomoc biednym ma być niczym dziurawa beczka i nadwyżki skarbowe (dziś powiedzielibyśmy: budżetowe) winno się rozdawać ostrożnie, polityk z krwi i kości rozumie, że dobrobyt ludu jest korzystny co najmniej w tym samym stopniu dla zamożnych i zapewnia trwałość państwa, przede wszystkim demokracji. Nie znaczy to bynajmniej, że biedniejsi są dobrzy z natury i mniej pazerni. Po prostu ich możliwości oszukiwania i okradania są nieporównywalnie skromniejsze. Władza sprawdza człowieka, pisał Arystoteles przytaczając jedno z powiedzeń Biasa, które i Tomasz z Akwinu powtarza z pełną aprobatą. Nie przypadkiem w praworządnym współczesnym państwie patrzy się na ręce w pierwszym rzędzie tym, którzy dzierżą władzę, jakiegokolwiek typu, od nich też oczekuje się ogłady i służby.

* * *

W sytuacji, gdy kilku najbogatszych miliarderów zostawia ślad węglowy większy niż kilka krajów skandynawskich razem wziętych i od lat nie potrafimy tego zmienić, trudno mówić o dobrych perspektywach dla świata, a już zwłaszcza dla demokracji – ustroju, który jako jedyny zapewnia każdemu obywatelowi głos w urządzaniu państwa. Z demokracją wiąże się niebywały postęp ekonomiczny ostatnich stu lat, szczególnie okresu zimnej wojny po 1945 roku. I w Polsce, choć na drogę wzrostu gospodarczego weszliśmy całkiem niedawno, nie żyło się nigdy wcześniej tak dobrze, mierząc skalą ogółu jej mieszkańców.

A jednak nie jesteśmy z Polski zadowoleni, co najlepiej widać po naszych planach emigracyjnych, od których zacząłem swoje wystąpienie. Pokazuje to również nasz niski udział w wyborach oraz w innych demokratycznych „przedsięwzięciach”, włącznie z demonstracjami. Porównanie Francji, Izraela i Polski, trzech krajów, gdzie protesty w ostatnich latach miały zbliżone podłoże, wychodzi jednoznacznie na naszą niekorzyść. Czujemy się przez państwo lekceważeni, więc nie traktujemy go jak wspólnego dobra wszystkich jego mieszkańców, wspólnego domu, w którym obowiązywać muszą najbardziej zasadnicze wspólne reguły. W konsekwencji nie poczuwamy się do odpowiedzialności za państwo i społeczeństwo jako całość. Nie wychodzimy masowo na ulice ani w obronie podstawowych praw ustrojowych, które odbiera nam Prawo i Sprawiedliwość, ani utrwalonych zdobyczy systemu socjalnego, jak było w wypadku podwyższenia przez Platformę Obywatelską wieku emerytalnego bez jednoczesnej reformy systemu wypłat socjalnych w wieku przedemerytalnym dla tych jednostek i grup, które pracy nie miały lub pracować nie mogły.

Dla Polski jest to sytuacja groźna, gdyż kraj o naszym położeniu geopolitycznym, przetrwa tylko na solidnym fundamencie społecznym i ideowym. Ideowy się sypie na naszych oczach, jako że od postępującej laicyzacji nie ma zapewne odwrotu. Pozostaje wciąż niespełniony postulat Joachima Lelewela sprzed dwustu lat – „uobywatelnienie” Polaków, od dołu do samej góry, najpilniejsze zadanie nas współczesnych wobec pokoleń, które nadchodzą.

Prof. dr hab. Jan Maria Piskorski


[*] Lekko poprawiony i miejscami nieco uzupełniony wstęp do dyskusji z prof. Erykiem Krasuckim przeprowadzonej 28 marca 2023 roku w Centrum Dialogu Przełomy Muzeum Narodowego w Szczecinie. Impulsem do spotkania była książka J.M. Piskorskiego, Gorzka sól historii. Migracje i transformacje (Warszawa: Bellona 2022). Zachowany został styl wypowiedzi ustnej. Autor dziękuję Pani Kierownik Agnieszce Kuchcińskiej-Kurcz za zorganizowanie dyskusji. Poniżej link do spotkania: https://przelomy.muzeum.szczecin.pl/aktualnosci/1305-migracje-i-transformacje-zycie-w-epokach-wielkich-przemian-i-przelomow-promocja-ksiazki.html

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here