Inflacja – ile zapłacimy za opieszałość RPP i prezesa Glapińskiego

0
35

* Czy skompromitowany prezes NBP powinien pozostać na stanowisku do końca kadencji?

* Czy ścieżka deprecjacji wartości liry tureckiej to realne zagrożenie dla złotego?

* Czy RPP będzie w panice podnosić stopy procentowe nawet do poziomu 5%?

Gdy wiosną 2020 roku pandemiczny kryzys zatrząsł fundamentami światowej gospodarki, oczekiwaliśmy tsunami. Równoczesny szok podażowy (zerwane łańcuchy dostaw, statki czekające w chińskich portach) i popytowy (konsumenci zamknięci w domach) sprawił, że gospodarka dosłownie stanęła. Strach i niepewność były potężne. Wskaźniki wyprzedzające koniunktury zanurkowały do niewidzianych wcześniej poziomów. W Stanach Zjednoczonych 6,5 mln osób straciło pracę… w tydzień! Również w Polsce nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Sprzedaż detaliczna w kwietniu 2020 roku spadła o 22,9% (!), a prezes największej sieci obuwniczej zapowiadał, że koszty (czyli między innymi etaty) będzie „ciął siekierą”. Śmieszą dziś wypowiadane przez niektórych ekonomistów sądy: było jakoby wiadomo, że sobie z tym poradzimy, a obywatele i rynki panikowali bez powodu. No cóż, „analiza wsteczna zawsze skuteczna”. Pamiętam nastroje tamtych, nie tak przecież odległych dni, dlatego dziś nie mam pretensji do Rady Polityki Pieniężnej ani prezesa Glapińskiego, że wiosną 2020 roku dokonał mocnej obniżki stóp procentowych. Sytuacja wyglądała naprawdę źle, a impuls płynący z decyzji o zmianie stóp procentowych dociera przecież do gospodarki z wielomiesięcznym opóźnieniem (o tym za chwilę).

Potem jednak obserwowaliśmy już tylko festiwal błędów, zaniechań i arogancji RPP oraz prezesa NBP. Akurat w przypadku polityki pieniężnej arogancja ma wysoką cenę.

Kuriozalną i moim zdaniem w długim terminie kosztowną decyzją była rezygnacja z konferencji prasowych, w których trakcie dziennikarze (a co za tym idzie obserwatorzy i uczestnicy rynku kapitałowego) mogliby dopytywać o plany i motywy działań RPP. Dlaczego prezes Glapiński zrezygnował z prowadzenia polityki informacyjnej? Bo mógł. Co prawda w Stanach Zjednoczonych szef Rezerwy Federalnej godzinami odpowiada na pytania dziennikarzy, ale prezes Glapiński najwyraźniej uznał, że on z decyzji swoich i RPP nie będzie się tłumaczył. Tym samym rozpoczął proces podkopywania wiarygodności Narodowego Banku Polskiego.

Prawdziwy test odpowiedzialności RPP i prezesa NBP przyszedł pod koniec roku. 9 listopada 2020 koncern Pfizer poinformował, że jego szczepionka ma 90% skuteczności. Perspektywy globalnej gospodarki diametralnie się zmieniły. W tunelu, w którym tkwiliśmy od lutego 2020 roku, rozbłysło światełko, i nie był to pociąg, lecz prawdziwy promień nadziei. Zwycięstwo nad wirusem rysowało się na horyzoncie. Stopniowy powrót do normalności w gospodarce wymagał także stopniowej normalizacji stóp procentowych.

Już wtedy można było myśleć o zmianie tonu w komunikacji RPP. Tymczasem prezes Glapiński wciąż twierdził, że prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych wynosi zero. Dlaczego? Może nie chciał umocnić złotego w końcówce roku? Z wpisów oficjalnego konta NBP wiemy, że w ostatnich dniach roku NBP aktywnie działał na osłabienie złotego, bo zwiększyło to jego papierowy zysk, następnie przekazany do rozdysponowania premierowi Morawieckiemu.

Źródło: GUS, NBP

Na marginesie: dla naszych portfeli inflacja jest zabójcza, natomiast budżet państwa na niej korzysta. Wyższe ceny oznaczają bowiem wyższe wpływy z VAT-u. Pastwienie się nad kontem twitterowym NBP uważałbym za zbyteczne, gdyby to medium nie odzwierciedlało katastrofalnej polityki kadrowej prowadzonej w instytucji, która ma stać na straży wartości polskiej waluty. W połączeniu z fatalną komunikacją z rynkami, sprzecznymi wypowiedziami prezesa Glapińskiego oraz próbą ograniczania swobody wypowiedzi członków RPP nasuwa się prosta konkluzja: prezes Glapiński jest całkowicie skompromitowany i niewiarygodny. Przyznają to, nieformalnie, także ekonomiści wspierający obóz PiS. Niezależnie od politycznych preferencji uważam, że taka sytuacja rodzi duże ryzyka dla stabilności naszej waluty. Polityki pieniężnej Polski nie może przecież kreować osoba, która we wrześniu twierdzi, że podwyżki stóp procentowych to byłby „szkolny błąd”, a na kolejnym posiedzeniu, w październiku, forsuje… podwyżki stóp procentowych.

Co dalej? Członkowie RPP są w panice. Wiedzą, że sprzeniewierzyli się swojemu mandatowi, a działania, które muszą podjąć (mocne podwyżki stóp procentowych), stoją w wyraźnej opozycji do sądów formułowanych zaledwie kilka tygodni temu.

Scenariusz, w którym inflacja dochodzi w przyszłym roku do 9–10%, to nie jest, niestety, science fiction. Wiceminister Patkowski wspominał ostatnio, że może ona sięgnąć 8%, ale wciąż nie mamy jasności chociażby co do zachowania w tym czasie cen ropy i gazu. Jeśli przy mocno (celowo!) już osłabionej polskiej walucie przydarzą się szoki zewnętrzne (na przykład kryzys na odcinku wschodnim), RPP może nie mieć wyboru – będzie musiała drastycznie podnieść stopy procentowe, nawet do poziomu 5%. To oznacza recesję, a co najmniej gwałtowne spowolnienie związane z istotnym wzrostem bezrobocia. Kulminacja negatywnych efektów takich działań przypadłaby na rok 2023 – a wtedy najprawdopodobniej odbędą się wybory.

Rosnące stopy procentowe skutkują też wzrostem kosztów obsługi długu publicznego. Z opublikowanej wrześniu Strategii Zarządzania Długiem Publicznym w latach 2022–2025 dowiadujemy się, że koszty obsługi długu Skarbu Państwa w 2022 roku mają wynieść 26 mld złotych. Wyliczenia te są już jednak nieaktualne. Potężna przecena obligacji skarbowych emitowanych przez rząd Mateusza Morawieckiego sprawiła, że koszty te będą o co najmniej 6–7 mld złotych wyższe.

Rentowność pięcioletnich obligacji skarbowych (można je uznawać za najbliższe strukturze polskiego długu) w ciągu zaledwie sześciu tygodni wzrosła z 1,52% do 3,06%. Co to znaczy? Koszty spłaty nowo wyemitowanego długu będą proporcjonalnie większe. A rząd musi się w ten sposób zapożyczać chociażby po to, żeby spłacać… stare długi.

Źródło: Bloomberg

Jednocześnie zatyka się kanał pozabudżetowego finansowania wydatków rządu Zjednoczonej Prawicy. Dla obserwatorów rynkowych nie jest tajemnicą, że BGK ma problemy z plasowaniem kolejnych emisji swojego długu. Banki komercyjne wyczerpały już swój popyt. Innych chętnych brak.

Groźnej sytuacji można było zapobiec, podnosząc wcześniej ostrożnie stopy procentowe. Gdyby zgodnie z zaleceniami wielu ekonomistów stopy już w wakacje osiągnęły naturalny poziom 1–1,5%, a RPP zgodnie ze swoim mandatem przypominałaby, że dba o stabilną i niską inflację, dziś zarówno kurs złotego, jak i oczekiwania inflacyjne byłyby na innych poziomach.

Tymczasem nawet teraz prezes Glapiński zaprasza rynki do przetestowania jego arogancji. Przy nieodpowiedzialnym i, mówiąc wprost, skompromitowanym prezesie NBP, uległej mu RPP, rosnącej presji inflacyjnej i kolejnych wydatkowych obietnicach rządu Morawieckiego zajmowanie pozycji na spadek złotego wydaje się… rozsądną strategią. Niestety. Uczestnicy rynku nie grają przeciwko Polsce; po prostu zajmują pozycję na rynku. Co dla każdego polskiego konsumenta znaczy słabszy złoty? Przede wszystkim wzrost cen towarów importowanych (w tym nośników energii, jak chociażby ropa).A co, jeżeli pomimo rosnącej inflacji oraz osłabiania się złotego RPP nie będzie podnosić stóp procentowych? Wtedy grozi nam wariant turecki. W ciągu dziesięciu lat rosnący autorytaryzm Erdoğana w połączeniu ze skrajnie nieodpowiedzialną polityką banku centralnego, atakiem na sądy i niezależne media sprawiły, że lira turecka straciła do dolara ponad 80%. Brzmi znajomo? Nie twierdzę, że polska gospodarka jest w podobnej sytuacji jak turecka. Jeszcze nie. Niemniej ekonomiści (i politycy!) mają obowiązek rozważać także niekorzystne scenariusze i podejmować działania mogące zapobiegać najgorszemu.

Andrzej Domański – ekonomista, zastępca dyrektora Instytutu Obywatelskiego. W latach 2008–2019 zarządzający funduszami rynków akcji i członek zarządu w TFI.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here