EUROPA ZWYKŁYCH KOBIET

0
160

Feminizm to NIE głos kobiet (zwykłych). Serio?

Facebook co roku przypomina mi zdjęcie, na którym kilku młodych chłopców w krótkich spodenkach (dosłownie) trzyma baner z napisem „Feminizm to NIE głos kobiet”. W domyśle chodzi oczywiście o „zwykłe kobiety”, „nasze kobiety”, które chronimy i pilnujemy (kontrolujemy) przed feministycznym zepsuciem. Rzecz działa się kilka lat temu w Świnoujściu na placu Wolności przed debatą o… wolności. Udział w niej brały członkinie organizowanego przeze mnie Rejsu Kobiet NawiGracje m.in.  Kazimiera Szczuka, obecne posłanki Anita Kucharska-Dziedzic i Barbara Nowacka i kilka innych znamienitych osób. I to owa perspektywa publicznej debaty o wolności prowadzona przez kobiety spowodowała męską mobilizację w obronie czystości „naszych kobiet” przed feministyczną zarazą. Podobnie było zresztą w roku 2013, kiedy ówczesny burmistrz pobliskiego Kamienia Pomorskiego odmówił użyczenia miejskiego placu na spotkanie z prof. Magdaleną Środą mówiąc mi, iż „nikt nie będzie psuł naszych kobiet” (dosłownie). 

To moje ulubione zdjęcie jest kwintesencją dzisiejszej sytuacji – oto jakieś ruchy mężczyzn bez kobiet głoszące patriarchalną, kontrolującą kobiety misję różnych nakazów i wykluczeń stoją naprzeciwko liderek ruchów emancypacyjnych kobiet z przekazem, że oto oni – chociaż wyłącznie w męskiej reprezentacji – są głosem „zwykłych i prawdziwych kobiet”, głosem naturalnego porządku i prawdziwych wartości i oni tego porządku gotowi są siłą pilnować. Wydawałoby się, że naprzeciwko psujących dobry świat feministek powinny stanąć owe zwykłe kobiety, będące pełnoprawnym podmiotem w sporze. Ale okazuje się, że to tak nie działa, bo „prawdziwi faceci” swoje „zwykłe kobiety” najwyraźniej trzymają w domach. Albo ich po prostu nie ma – istnieje tylko kreacja w głowach „rycerzy” o tym jakich kobiet chcemy bronić – to kompilacja Matki Polki, Niezłomnej Polonii na barykadach i „ogarniaczki” domowych kątów przebranej w formę instagramowej piękności. Kobieta przy boku.

„Zwykłe, prawdziwe” kobiety, których należy bronić przed feminizmem, przed gwałtami imigrantów innej rasy czy religii, przed zepsuciem przez „lobby LGBTQ”, przed nimi samymi wreszcie – to imaginarium mężczyzn, którzy idą na wojnę w obronie „prawdziwej rodziny”, „chrześcijańskich wartości” oraz „biologicznej tkanki narodu polskiego”. Cudownie, chociaż to wszystko świat wymyślony, bo w rzeczywistości bronią tego co było – czyli świata dominacji mężczyzn w sferze prywatnej i publicznej. Owi rycerze niezłomni bronią swojej uprzywilejowanej pozycji w imię utraconego Złotego Wieku, tego że dawniej to były czasy, a teraz to im się popsuło. Posługiwanie się zafałszowanymi znaczeniami nie jest żadnym nowym odkryciem – ale obecnie przybiera na sile w obliczu zorganizowanych ultrakonserwatywnych ruchów politycznych gotowych realizować polityki w nurcie faszystowskim, jednocześnie odwołując się do powszechnie szanowanych wartości i praw. Obserwujemy to na co dzień, kiedy w imię „wolności słowa” domagają się prawa do poniżania innych, kiedy w imię „ochrony rodziny” żądają ograniczenia (zakazu) rozwodów, kiedy w imię „ochrony życia” oczekują poświęceń ze strony kobiet do rodzenia dzieci do umierania, z głębokimi wadami genetycznymi, czy poczętych z gwałtów.

Jednocześnie polityczne pokolenia męskiego świata politycznego i to niezależnie od barw partyjnych odporne są emocjonalnie i mentalnie na realia; na to, że w Polsce mamy powszechny problem „niealimentacji” i prawie milion polskich dzieci nie otrzymuje finansowego wsparcia od drugiego rodzica, którym niemal zawsze jest ojciec – de facto polski system instytucjonalnie praktykuje od lat ochronę „niealimenciarzy”. Polityczne reprezentacje wszystkich partii przechodzą wobec tego faktu obojętnie – bo świat taki jest, taki jest los kobiet i kobiety sobie to ogarną. No i kobiety ogarniają. Podobnie jak wszystkie kwestie związane z kontrolą urodzin i prawami reprodukcyjnymi. „Niealimentacja”, dostęp do aborcji i nowoczesnej antykoncepcji, pozapubliczna opieka nad dzieckiem, w państwie które buduje strzelnice i stadiony, ale zapomina o żłobkach i przedszkolach. To doświadczenie wspólne jest zarówno feministkom, jak i „zwykłym” kobietom – chociaż… nie ma już zwykłych kobiet. Są kobiety dzielące wspólne doświadczenie instytucjonalnej przemocy państwa zarządzanego z męskiej perspektywy. I są to kobiety coraz bardziej świadome swoich praw.

To o czym piszę nie jest tylko kolorytem lokalnym miasteczka na peryferiach Pomorza Zachodniego. Nie jest też przypisane wyłącznie polskiej walce politycznej. To obecnie światowe zjawisko zorganizowanej agendy ultraprawicowej realizowanej a’rebous – oto Ci, którzy chcą ograniczać innych stają się głosem ofiar i głoszą polityczną opowieść o obronie praw i wolności, o zagrożeniu prawdziwych wartości. I łamiąc owe prawa i wolności, wykorzystując język wartości kardynalnych de facto realizują polityki autorytarne, ograniczające i wykluczające, polityki faszystowskie, których współczesne narzędzia polityczne opisuje Jasen Stanley, profesor filozofii na Uniwersytecie Yale, badacz współczesnej propagandy i nowych form faszyzmu. Jason Stanley w swojej książce „Jak działa faszyzm” przeanalizował współczesne polityki w nurcie faszystowskim, a w nich działania „dedykowane” kobietom, łączące się w spójną koncepcję społeczeństwa patriarchalnego i hierarchicznego, walczące z „zepsuciem”, z „obcymi” i „innymi” w imię „wartości” mówiące językiem praw człowieka fałszując właściwe znaczenia, budujące mityczne światy rodem z utraconego raju oparte na prawie „naturalnym” i „boskim” (słynne „skoro Bóg to wymyślił to widocznie jest to dobre”), budujące światy odrealnione, ale spójne poprzez swoje spiskowe konstrukcje (spisek smoleński jest tego przykładem), oparte na hierarchii kontrolującego porządek ojca w rodzinie i narodzie oraz narracji o roli ofiary – Polska jest wieczną ofiarą broniącą prawdziwych wartości, a chrześcijanie są najbardziej prześladowani na świecie. Zatem Polski, polskich kobiet i polskich dzieci trzeba chronić przed zepsuciem, które niosą oni – Obcy i Inni; lewacy i neolibki, feministki wraz z lobby LGBTQ, zgniły Zachód i barbarzyński Wschód, a już w szczególności spiski żydowskie, islamskie i globalne. Jednym słowem Zło czyha wszędzie, a czasami się nawet wyklucza. Ratunkiem przed tym jest oddanie się w jasyr Ojcom Narodu realizującym w rzeczywistości patriarchalne i faszystowskie polityki. Takimi Ojcami Narodów są wszak Putin, Kaczyński, Orban, Erdogan, Trump, a w kolejce stoi tez Pani Le Pen i kilka innych postaci.

Jaka zatem jest przyszłość praw kobiet Europy w sytuacji, kiedy coraz bardziej słyszalną w każdym europejskim zakątku zdaje się spójna opowieść realizowaną poprzez sieci ultrakonserwatywnych ruchów i faszyzujących populistów? Paradoksalnie będzie to opowieść ZWYKŁEJ KOBIETY.

Bo wszystkie kobiety w Europie łączy doświadczanie patriarchalnej przemocy i dyskryminacyjnych praktyk; przemocy domowej i seksualnej – w sferze zarówno prywatnej, jak i publicznej – wszak kobiety w całej Europie nadal są bite we własnym domu i gwałcone najczęściej przez znane im osoby. To głównie kobiety doświadczają molestowania w miejscu pracy i innych form dyskryminacji. Luka płacowa istnieje w każdym państwie, podobnie jak inne niekorzystne dla kobiet zjawiska na rynku pracy; szklane ściany i sufity, ruchome schody, lepkie podłogi itd. W całej Europie kobiety łączy doświadczenie dominacji mężczyzn i męskiej perspektywy, lekceważenia ich doświadczeń oraz ograniczania im praw. Wszak wszystkie/cy wiemy, że prawa zapisane nie są realizowane. Jako kobiety doświadczamy instytucjonalnej i systemowej przemocy ze strony własnego państwa zarządzanego przez mężczyzn i z męskiej perspektywy – i to zarówno tych ultrakonserwatywnych, jak i progresywnych, dla których postęp dotyczy rozwoju ekonomicznego, stałego wzrostu wskaźników, ale już niekoniecznie „kosztów” w obsłudze edukacji obywatelskiej, budowy żłobków i przedszkoli, angażowania się w kwestie realizowania równego prawa do pracy i płacy czy swobód obywatelskich. Tym bardziej, że druga strona jest bardzo sprawna i na emancypacyjne ruchy kobiet uniezależniających się od często przemocowych czy uzależnionych partnerów i domagających się faktycznie wypłacanych (a nie tylko „zasądzanych”) alimentów odpowiada narracją ruchów ojcowskich o alienacji rodzicielskiej i żądaniami opieki naprzemiennej, co w polskich realiach najczęściej oznacza zwolnienie ojców z finansowej odpowiedzialności i dalszą kontrole nad kobietą i jej życiem.

Jeżeli zatem jest nadzieja dla realnej emancypacji kobiet i realizowania ich praw to właśnie dzięki ruchom zwykłych kobiet – tych macierzyńskich, dziewczyńskich czy pracowniczych. Kiedy po raz pierwszy tworzyłyśmy Komitet Inicjatywy Ustawodawczej Ratujmy Kobiety zbierając podpisy pod projektem liberalizującym prawo do aborcji to w roku 2017 za liberalizacją tego prawa opowiadało się zaledwie 18% ankietowanych. Większość była za zachowaniem tzw. kompromisu watykańskiego. Dwa lata później, podczas kolejnej akcji ustawodawczej osób opowiadających się za liberalizacją prawa do aborcji było 48%. Dzisiaj wsparcie to utrzymuje się na poziomie 67-68%. Czy w ciągu tych zaledwie kilku lat kobiety aż tak znacząco zmieniły swoje zdanie? Raczej zawsze – poprzez doświadczenie własne i innych kobiet – de facto opowiadały się za liberalizacja prawa do aborcji. Teraz odważyły się jawnie o tym mówić. Wcześniej narzucona opowieść o tym, że tylko złe kobiety „mordują swoje nienarodzone dzieci” powodowała, że temat ten był w strefie społecznego tabu i to pomimo tego, że jak pokazały badania CBOS z 2013 dotyczące doświadczeń aborcyjnych Polek mamy w kraju ok. 4,1 mln – 5.8 mln kobiet, które przynajmniej raz przerwały ciążę. Inne badania pokazują, że jest to częściej doświadczenie praktykujących katoliczek – zapewne z uwagi na niestosowanie zakazywanej przez Kościół antykoncepcji. Zatem… pomimo tego, że w polityce dominują samce alfa z jawnym bądź ukrytym programem antykobiecym to mamy w Polsce silną wspólnotę kobiet, które solidaryzują się poprzez wspólne doświadczenie. To do tych kobiet mówiła Marta Lempart usilnie podkreślając, że na ulicach protestują zwykłe kobiety z małych i dużych miast. Zwykłe kobiety ściągają z siebie zasłonę milczenia, pod którą do tej pory chowały doświadczenie przemocy w związku, niewypłacanych alimentów, aborcji, molestowania, niższych wynagrodzeń i trudniejszego awansu, ogarniania codzienności na zasadzie Ofiarnych Siłaczek. Coraz więcej z nas nie boi się już publicznie powiedzieć o bolesnych doświadczeniach i coraz więcej z nas ma świadomość doświadczania przemocy instytucjonalnej – ze strony Państwa, rządu, polityków i budowanego systemu pomijania i niezauważania. Do tego dochodzi pokolenie młodych kobiet, które bez cienia wstydu czy zażenowania mówią o konkretnych potrzebach kobiet niewidocznych dla państwa – o tym, że mamy w Polsce zjawisko ubóstwa menstruacyjnego i że nie jest zbytnim luksusem umieszczanie obok papieru toaletowego różowych skrzyneczek ze środkami higienicznymi dla dziewcząt i kobiet. I że to zwyczajnie się wszystkim kobietom należy. Podobnie jak prawo do wiedzy o swoim zdrowiu i seksualności.

Zwykłe kobiety. Ich solidarność i świadomość. Ich troska i gniew będą zmianą.

Król jest nagi. Coraz więcej kobiet potrafi świadomie ocenić swoją sytuację i zobaczyć jej wspólnotową, siostrzeńską perspektywę. I że ich życiowe problemy to nie jest wina nieudacznictwa konkretnej Kasi, Basi czy Iwony, ale wynik systemowego lekceważenia życiowych problemów kobiet i instytucjonalnej przemocy ze strony państwa zarządzanego z męskiej, patriarchalnej perspektywy.

Mężczyźni działają partyjnie, kobiety tworzą sieci wsparcia. W Polsce i Europie, na całym świecie kobiety sieciują swoje organizacje i nieformalne grupy skupione wokół konkretnej agendy problemów wynikających ze wspólnego doświadczenia wszystkich kobiet w Europie. Różna jest skala tych doświadczeń, ale te same problemy mają Hiszpanki, Włoszki, Niemki czy Polki. Zwykłe kobiety. Siłą ruchów kobiet jest sieciowanie i współpraca. I to się dzieje w Polsce i w Europie. Solidarnościowego, realnego wsparcia doświadczyłyśmy w momencie opresji zaostrzenia przepisów praw reprodukcyjnych. Teraz doświadczają go Ukrainki.

Solidarność kobiet, empatia i wsparcie wynikają ze wspólnych doświadczeń. To właśnie te doświadczenie, ale też emocje gniewu i solidarności połączyły protestujące kobiety w całym ich spektrum wieku, wykształcenia, pozycji społecznej i zawodowej oraz politycznych orientacji. Kobiety wyszły na ulice w ponad 600 miejscowościach i nie był to ruch ograniczony do popsutych feministek. Na ulicach były zwykłe kobiety – dokładnie te, które w roli chronionych (kontrolowanych) ofiar chcieliby widzieć różni ultrakonserwatyści partyjni i religijni. Kobiety na prawicowy populizm odpowiedziały własnym. Użyły przy tym tych samych narzędzi budując siłę i tożsamość polityczną opartą na wspólnym doświadczeniu, formatującym przeżyciu emocji, własnym języku i symbolach protestu, jasnych celach i postulatach oraz konkretnie zdefiniowanych przeciwniku – ultrakonserwatywnych politykach i biskupach Kościoła katolickiego czy też różnej maści i wielkości patriarchalnych „dzbanach” mających swoją reprezentację we wszystkich partiach politycznych.

Jak piszą Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk w świetnej analizie „Kto się boi gender. Prawica, populizm i feministyczne strategie oporu” – „W Polsce walkę kobiet o wolność reprodukcyjną udało się przedstawić jako ludowe powstanie, walkę o demokrację i przeciwko przemocy prawicowego populizmu”. Co to oznacza? Oto mamy własną opowieść, spoiwa którego brakowało do połączenia zwykłych ludzi z polityczną mobilizacją, włączającą wiele środowisk, ponadpartyjną i otwierającą na nowo scenę polityczną. Nie tylko w Polsce. Kolejne kroki zależą od naszej wspólnej mądrości i determinacji. Wydarzyło się coś niesamowicie ważnego – feministyczna agenda weszła do politycznego mainstreamu. Żadna przytomna partia nie odważy się już zbudować swojego programu nie odwołując się do feministycznych postulatów ruchu zwykłych kobiet. Naszą rolą jest pilnowanie tego, żeby owe programy nie były tylko deklaratywnie fasadowe.

Polityczną zdolność mobilizacji pokazały kobiety. Zwyczajne kobiety, które zbudowały własną tożsamość polityczną – ruch zwykłych kobiet mający wspólną dla wszystkich kobiet w Polsce i Europie feministyczną agendę problemów, świadomość celu i konkretnych postulatów. I są to postulaty oparte na kardynalnych wartościach związanych z prawami człowieka i zasadami demokracji liberalnej. Ruch kobiet w zasadzie nie odkrywa niczego nowego w zapisach podstawowych konstytucji i deklaracji europejskich mówiących o równości, godności i trosce – wypełnia je natomiast realną treścią opartą na uwewnętrznionych wartościach i te wartości w demokracji powinny być nam wszystkim wspólne.

Przyszłość Europy to kobiety. Feminizm to żądanie realizacji równych praw i uwzględnianie w politykach perspektywy życiowych doświadczeń kobiet. Rolę katalizatora feministycznych zmian przejęły zwyczajne kobiety. Nikt nie musi za nie mówić stając w ich obronie. Zwyczajne kobiety ze swoją feministyczną agendą przemówiły własnym głosem. Nie sposób go nie usłyszeć.

Bogna Czałczyńska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here