Czuły liberalizm

0
957
Fot. Sebastian Pypłacz

Partia, która rządzi, ma mocny klej: władza. Doskonale obrazuje to PiS. Jednocześnie partia, która znajduje się w opozycji, nie ma takiego kleju. Tym, co ma ją spajać, są idee. Tym bardziej nie można pozwolić sobie na zamykanie dyskusji o tym, czym chce być, i jaką ideę przedłożyć Polkom i Polakom ma największa partia opozycyjna. 

Wybór nowego przewodniczącego PO to dobry moment by raz jeszcze określić profil ideowy Platformy. I by w końcu przestać rzucać się od ściany do ściany: od zarzucania konserwatywnej kotwicy, z jednej strony, po mruganie oka do lewicy z drugiej. Czym zatem może być PO w chwili, w której wszyscy czekają na jej ideowe określenie? 

Zacznijmy od tego, czym już nie może być. A nie może być konserwatywną prawicą, bo PiS zagospodarował ten obszar dość skutecznie i go nie odda. Zresztą: partia Kaczyńskiego doskonale kompromituje konserwatyzm, który dziś kojarzony jest z obskurantyzmem. Nie może być też lewicą, bo po przywróceniu jej do życia przez Grzegorza Schetynę i ten obszar jest obecnie dobrze obsługiwany. Platforma powinna zostać wierna liberalizmowi, ale z odpowiednim przymiotnikiem. Jaki? Czuły. Czuły liberalizm. Na czym miałby on polegać?

Początek jest prosty: czuły liberalizm musi mieć spójne i pozytywne przesłanie, gdyż pracuje w żywiole nadziei, a nie – jak to miało miejsce do tej pory – obsesyjne skupianie się na potknięciach populistów. Analiza stanów psychologicznych rządzących nie interesuje wyborców. Dlatego zacząć trzeba od sprawy kluczowej: człowiek. Jego życie i bezpieczeństwo jest najważniejsze. Szczególnie dziś, kiedy PiS bawi się naszym bezpieczeństwem: od zaniechania walki o czyste powietrze i ignorowanie zmian klimatycznych poczynając, poprzez zniszczenie systemu edukacji, a na osamotnieniu międzynarodowym kończąc. Krótko: dla czułego liberała to człowiek (każdy człowiek, niezależnie od wiary, światopoglądu czy orientacji seksualnej) jest drogą polityki, a nie polityka (czy też ideologia) jest drogą człowieka.

Kolejny element: wspólnota. Czuły liberalizm nie będzie się bał używać słowa „wspólnota” tak, jak diabeł boi się święconej wody. Będzie jednak rozumiał działanie na rzecz dobra wspólnego, dobra wspólnoty, podług zasady: „Kto nie jest przeciwko nam, na śmierć i życie, ten jest z nami”. Nawet wtedy, gdy się różnimy, gdy spieramy się o przyszły kształt naszego państwa. Taki liberalizm nie będzie szukał tego, co ludzi dzieli, ale będzie szukał i budował na tym, co ludzi łączy. Polacy z prawa i z lewa chcą czuć się częścią narodu, który dziś dzierży swój los we własnych rękach oraz który – dzięki wspólnej pracy milionów obywateli – może uczynić siebie również lepszym społeczeństwem.

Czuły liberalizm, aby strawestować Richarda Rorty’ego, myśli o Polsce z perspektywy nadziei na to, czym jako państwo mamy się stać, z uwzględnieniem wiedzy na temat tego, jakim krajem jesteśmy dziś. A to znaczy, że ideał naszej wspólnoty i państwa nie został jeszcze urzeczywistniony – wciąż zbyt mało jest zaufania między nami, wciąż za mało sprawiedliwości społecznej, wciąż zbyt wiele jest społecznych i ekonomicznych wykluczeń… Obietnicę, którą winna urzeczywistniać Platforma, głosząc czuły liberalizm, można sprowadzić do trzech spraw. Trzech wyzwań, które jednak nie tyle mówią, kim jesteśmy dziś, ale kim, poprzez wspólną pracę, możemy dopiero się stać.

Po pierwsze, nie możemy zbudować przyzwoitego społeczeństwa, jeśli nie odbudujemy wpierw zaufania między sobą. Polska musi przerodzić się w kraj, gdzie polityka empatii i polityka nadziei ostatecznie pokona politykę strachu i politykę nienawiści. Tym bardziej, że wiemy, iż zaufanie jest lepsze i tańsze niż nieufność i podejrzliwość.

Po drugie, wspólnym celem Polaków musi pozostać budowa sprawnego państwa, które rozwiązuje „problemy człowieka” poprzez codzienny trud, a nie wikła się w symboliczne i metafizyczne spory. Budowa państwa, które będzie podejmować decyzje ze względu na jeden główny cel – walkę o większą społeczną solidarność. Społeczną solidarność, która jest naszym wolnościowym dziedzictwem, a nie etykietką kilku pieklących się polityków, musi przerodzić się w duszę ożywiającą ten naród. Warunkiem przecież dobrobytu jest solidarność. Głupia rywalizacja, zwłaszcza ta przypominająca hazard z czasów ostatniego kryzysu finansowego, jest zbyt dla nas wszystkich kosztowna.

Po trzecie, niemniej ważne, choć wciąż niedoceniane, poszerzanie pola tolerancji i szacunku. Tolerancji nie przybędzie nam od tego, gdy już wszyscy staniemy się syci, gdy już każdy będzie miał dwa samochody i stać będzie wszystkich na wakacje w Egipcie, jak kreśli nasze aspiracje prezes Kaczyński.

Tolerancji w nowoczesnym społeczeństwie przybywa wtedy, gdy – mimo różnić światopoglądowych czy płciowych – potrafimy być ze sobą solidarni, darzyć się wzajemnym szacunkiem. Poucza o tym nie kto inny, jak św. Paweł, gdy twierdzi, że świat, w którym żyjemy, jest jeden – wspólny. Liberał, niewstydzący się w takich chwilach patosu, doda: Polska jest wspólna. Ani tylko twoja, ani tylko moja. Ale – nasza. W takiej Polsce, idąc dalej za wskazaniami apostoła Pawła, nie ma ani mężczyzny, ani kobiety, nie ma żyda, ani poganina, nie ma hetero czy homoseksualisty. Jeden wobec drugiego jest bliźnim. Jeden jest dla drugiego współobywatelem.

I na koniec narzędzie, którym odwojowuje się dziś serca i umysły: język. To musi być język zwykłych ludzi. Bo jeśli chcesz odzyskać swój kraj, musisz odzyskać swoją wspólnotę. Jeśli chcesz odzyskać swoją wspólnotę, musisz odzyskać język, którym ta wspólnota mówi i język debaty publicznej. Bo język, jak doskonale wiemy, to więcej niż krew.

Jarosław Makowski 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here